blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-09-23

wołowina z pigwowcem

W jednej z moich ukochanych kunmińskich knajp, mieszącej się w dawnej księgarni założonej przez Li Gongpu, mam jedno jedyne danie, które ZAWSZE MUSZĘ zamówić. Obojętnie, ile dań poza tym wyląduje na stole, jakaś nieznana siła każe mi domówić jeszcze to. No, nie całkiem nieznana ta siła: po prostu łakomstwo.

Składniki:
  • chuda wołowina drobno pokrojona
  • drobno pokrojony pigwowiec
  • wąskie ostre papryki, czerwona i zielona, pokrojone w krążki
  • sól
  • mąka ziemniaczana
  • sos sojowy
Wykonanie:
  1. Wołowinę polać odrobiną sosu sojowego, posypać odrobiną mąki ziemniaczanej i dobrze wymieszać. Zostawić na minimum kwadrans. W tym czasie przygotować pigwowiec i paprykę.
  2. Rozgrzać tłuszcz, obsmażyć wołowinę i szybko dodać pigwowiec oraz paprykę; smażyć, aż wołowina będzie gotowa - nie wysmażona na rzemień, ale już nie surowa.
  3. Ewentualnie dosolić do smaku.
W polskiej tradycji z pigwowca można zrobić co najwyżej konfitury bądź nalewkę. W Yunnanie chętnie zakwasza się nim rosół na kurczaku oraz południowoyunnańskie dania mięsne. Jest bardzo twardy i kwaśnocierpki, dlatego niektórzy przed smażeniem go krótko obgotowują i odsączają; ja jednak uważam, że pozbawia go to charakteru, więc ten krok omijam.

2017-09-21

kariota parząca 董棕

Kiedyś, dawno temu, podczas zwiedzania Świątyni Yuantong, przyjaciółka zapytała mnie, co to za dziwaczne palmy:
Ponieważ botanik ze mnie jak z koziej d... trąbka, oczywiście nie umiałam udzielić odpowiedzi. Przyjaciółka spojrzała na mnie z wyrzutem i stwierdziła, że sądziła, że się lepiej znam na tym, co rośnie w Kunmingu.
Teraz już mam wytłumaczenie: kariota parząca, bo właśnie tak się nazywa ta dziwaczna palma, nie powinna rosnąć w Kunmingu, a raczej w Indiach i na Sri Lance. Jednak parędziesiąt lat temu Kunming zaczęto wysadzać co bardziej odpornymi na zimno gatunkami palm - i większość się przyjęła, choć rzadko owocują i raczej nie osiągają dużych gabarytów.
Kolejny gatunek zielska odhaczony. Zazwyczaj jednak przedstawiam zielska kulinarne. Hmmm... Właściwie tym razem nie czynię wyjątku, skoro młode pędy karioty można spożywać w sałatce, ze rdzenia pnia sporządza się mączkę sago, a z soku spuszczanego z pnia wyrabia się cukier, alkohol i ocet. :D

2017-09-19

Herbata na dobre rozstanie 好聚好散茶

"Województwo" Lincang na zachodzie Yunnanu, tuż przy granicy z Birmą, jest słynne z bogactwa etnicznego (żyje tam wiele szczepów Miao, Blang, Wa i Lahu), przyrodniczego (dżungla i starodrzew herbaciany) i z herbaty. Jak to w Yunnanie, produkuje się tu przede wszystkim herbaty zielone, czarne i pu'er, przy czym Lincang słynie głównie z czarnej, produkowanej w "starostwie" Fengqing. Jednak nie tylko ze zwykłej czarnej herbaty Fengqing słynie. O wiele bardziej pobudza wyobraźnię tutejsza "herbata rozwodowa" - 离婚茶, czyli inaczej - herbata na dobre rozstanie 好聚好散茶.
W zapomnianej wiosce Shili wszyscy z dziada pradziada parają się gliną. Wiodą życie ciężkie, pracowite i biedne - zamiast sycącego ryżu podstawę wyżywienia stanowią tu gorzkie placuszki z tatarki. Ciężko przekonać przyjezdnych, by tu zostali na dłużej, dlatego ludzie zazwyczaj wiążą się z kimś z okolicy. Wiemy, jak jest. Kobieta, mężczyzna, namiętność i... brak namiętności. Lepiej się rozstać, niż tkwić w związku na siłę. I choć zdarzają się pary, które przy rozstaniu skaczą sobie do gardeł albo po rozstaniu już nigdy nie wspominają imienia Tej Osoby, pary z Shili, ludzie ponoć nieokrzesani i niewykształceni, słyną z bardziej pokojowego rozwiązywania problemu. Nie krzyczą, nie robią awantur, nie wieszają się z rozpaczy i nie skaczą z nożem do gardeł. Wybierają pomyślny dzień i żegnają się z sobą na oczach starszyzny, przy akompaniamencie herbaty. Na taką imprezę zaprasza ta osoba, która jako pierwsza zaproponowała rozstanie. Kogo zaprasza? Krewnych, przyjaciół i wszystkich, którzy powinni być świadkami ceremonii rozstania.
Pałeczkę przejmuje ktoś ze starszyzny. Zaparza "wiosenne pędy", czyli najdelikatniejsze herbaciane listki. A parzy je na trzy sposoby.
Pierwsze parzenie to słodka herbata, zwana też herbatą wspomnień. Bowiem właśnie od słodyczy zaczyna się każdy związek. Nawet teraz, gdy para jest bliska rozstania, warto przypomnieć sobie, jak słodkie były początki.
Drugie parzenie to herbata gorzka. A jest gorzka tak, że usta drętwieją. Bo też takie jest życie, które odbiera kochankom słodycz, zostawiając ich z trudami i goryczą.
Trzecia czarka też jest nazywana "herbatą". Jest to jednak zwykła przegotowana woda. Bo przecież - nasze życie nie jest ani słodkie, ani gorzkie. To, jakie jest, zależy od nas samych. Dla naprawdę zakochanych i czysta źródlana woda jest słodka, dla wrogów zaś ta sama woda będzie gorzką. W małżeństwie była słodycz i gorycz; któż wie, co tym dwojgu przyniesie życie po rozstaniu?
Gdy małżonkowie wypiją po szklance czystej wody, opłuczą się ze słodyczy i goryczy związku; wyczyszczą serca z dawnych zadr i przykrości, ale również - pozbędą się czułości dla tej drugiej osoby. Będą dla siebie przezroczyści, jak ta źródlana woda... 
Fajny zwyczaj, prawda? Tylko... żaden ze znanych mi Yunnańczyków nigdy o nim nie słyszał i twierdzą zgodnie, że to legenda miejska.
I co z tego, że legenda miejska? Myślę, że gdyby kiedyś przyszło mi się rozstać z ZB, wolałabym, żeby przebiegało to "herbacianie" niż z wrzaskiem. Jeśli ta tradycja nie istnieje - to można ją stworzyć :)
PS. Wpis sponsorowany przez piątą rocznicę zawarcia związku małżeńskiego ;)

2017-09-17

Henning Mankell - Chińczyk

Wbrew pozorom, czasem czytam książki nie o Chinach. Na przykład ostatnio o Paddingtonie, takim misiu (wiem, że Tajfuniątko ma dopiero roczek i jeszcze nie czyta Paddingtona, odczepcie się). Z największą przyjemnością sięgnęłam więc po szwedzki kryminał. Jego tytuł to "Chińczyk".
Całe szczęście prawie nigdy nie czytam najpierw recenzji, a dopiero potem książek. Być może zraziłabym się, całkiem niesłusznie, do tej wciągającej lektury. Jak się bowiem później okazało, właśnie to, co mnie się najbardziej w niej podobało, czyli szeroko zakrojone tło wraz z dość dokładnym opisem, który pozwala zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi - przez większość czytelników zostało uznane za nudne. 
Wiecie, skąd się wzięli Chińczycy w Stanach Zjednoczonych? Ja niby znałam, ale dość pobieżnie. Duża część naszej książki barwnie opisuje tę historię. 
Wiecie, co robią Chińczycy w Afryce? Ja trochę wiem, ale teorie spiskowe przedstawione przez autora nie tylko jemu jednemu wpadły do głowy.
Wiecie, jak wygląda życie chińskiego biznesmena? Ja znam paru osobiście. Dlatego opis nie wydaje mi się nudny, a zaskakująco trafny u autora, który nie zajmuje się zawodowo Chinami, a pisaniem kryminałów. 
Jeśli lubicie kryminały, polecam. Jeśli nie przepadacie za bogatymi opisami, tylko chcecie szybkiej akcji, zdecydowanie odradzam. Jeśli lubicie Chiny i chcecie spojrzeć na nie z niesinologicznej strony - zapewne spędzicie z Mankellem miły wieczór albo i dwa.

2017-09-16

lilie z ananasem

Uwielbiam lilie Dawida. W ogóle - kwiaty na talerzu to połączenie piękna i użyteczności, które bardzo do mnie przemawia. A jeszcze lilie są słodkawe, chrupkie i dobrze się komponują z wieloma produktami. Dziś danie, które po raz pierwszy ujrzałam w knajpie urządzonej w starej księgarni.

Składniki:
  • lilie podzielone na płatki
  • pokrojony niedbale ananas
  • kolorowa papryka dla wyglądu
Wykonanie:
Wszystkie składniki usmażyć krótko na niewielkim ogniu.
Inne dania z liliami: klopsy w liliach, lilie smażone z solą.

2017-09-14

Trener chińskich szalotek

Siódma Ciotka nie lubi ZB. Legenda rodzinna głosi, że to dlatego, że ZB podobny jest z urody do ojca, a Siódma Ciotka mojego świekra serdecznie nie znosi. Ja tam sądzę, że to całe nielubienie jest jednak kwestią bardziej charakterologiczną. Ciotka jest dość głośna, bardzo pewna siebie i wszystkowiedząca. No i w związku z tymi trzema cechami jest również głęboko wewnętrznie przekonana, że wszyscy powinni jej słuchać, a to oczywiście działa na ZB jak płachta na byka. Nie podporządkowuje się, więc nie jest lubiany. Ja też się nie podporządkowuję, ale ponieważ robię swoje z uśmiechem na ustach a nie z "ja Ci pokażę!" w oczach, więc mnie Siódma Ciotka uwielbia pasjami. Lubi mnie za to, że kocham herbatę, lubi mnie za uśmiech i za to, że jestem "oswojoną Obcą". Dałabym sobie rękę uciąć, że chwali się koleżankom, że "nawet ta biała, która wyszła za siostrzeńca, uwielbia moją kuchnię".
Fakt. Uwielbiam.
Już nawet nie chodzi o to, że Ciotka popyla codziennie na targ i wszystkie trzy posiłki dziennie są robione od zera, zawsze świeże, nic nie zostawione z wczoraj. Takich gospodarnych gospodyń jest wiele - ja do nich wprawdzie nie należę, ale wiem, że istnieją. W sumie - akurat Ciotka jest już od wielu lat na emeryturze, więc ma czas na takie zabawy; ja znam kobity, które perfekcyjną dystrybucję produktów spożywczych praktykują przy pracy zawodowej i dwójce dzieci. Nie, ja uwielbiam kuchnię Siódmej Ciotki za przetwory.
Wychowałam się w domu zaopatrzonym w Babcię. Odtąd zresztą uważam Babcię za kluczowy składnik udanego dzieciństwa: przytuli, opowie bajkę, gotuje najlepiej na świecie, a w razie anginy będzie niestrudzenie grała z chorym wnuczęciem w pokera na zapałki. No i - robi najlepsze soki i dżemy świata. I marynowane papryki, śliwki i gruszki. W ogóle - wszystko robi najlepsze na świecie. Przecież od tego jest Babcią!
Siódma Ciotka jest babcią dopiero od niecałego roku; Shasha, czyli jej synowa, a moja dobra koleżanka i uczennica przy okazji, powiła córeczkę cztery miesiące po mnie. Jak znalazł! Siódma Ciotka ćwiczy na całego babciowanie. Ponieważ Lot Smoka (tak się zowie syn Siódmej Ciotki) i Shasha mieszkają z dziadkami, babcia nosi wnuczkę, tuli, karmi, przewija, usypia... No, czasem oddaje Shashy, ale nieczęsto. Kiedy jednak oddaje dziecko innym, sama udaje się do kuchni, która poza palnikami i garnkami, zaopatrzona jest w kilka sporych tanzi i uskutecznia zgodne z sezonem przetwory. Śliwki po bajsku, czosnek kiszony z brązowym cukrem, no i moje ukochane chińskie szalotki na słodko-ostro. Nacieszam się tymi przekąskami przy każdej wizycie, dostaję na wynos, a od czasu do czasu Ciotka robi czegoś za dużo i chce mnie jakąś delicją obdarować. Shasha napisała ostatnio do mnie wiadomość, żebym przysłała męża po żarcie. Wysłałam bezzwłocznie, ale jednak zapytałam, jakiego żarcia mogę się spodziewać.
Odpowiedź Shashy mnie nie zdziwiła: rozśmieszyła tak, że tarzałam się po podłodze ładnych parę minut. A trzeba Wam wiedzieć, że mam twarde i nieprzyjazne podłogi.
- Dostaniesz słój trenerów!
Gdy udało mi się wreszcie zaczerpnąć oddech, stwierdziłam, że to na pewno ja coś pokręciłam. Ale nie, czarno na białym: "教头 jiào​tóu - sporting coach / military drill master". Jeszcze lepiej! Nauczyłam się więc, że słówko "trener" znaczyło w dawnych Chinach coś zupełnie innego.
Oczywiście domyśliłam się, co chciała przekazać Shasha. Znów zaatakował ją homofon. Dostanę słoik 藠头 jiàotou, czyli chińskich szalotek. Odpisałam prawidłowo i serdecznie podziękowałam. Shasha wysłała uśmiech i powiedziała, że tego znaku 藠 to od wczesnej podstawówki nie widziała i że bardzo przeprasza, że zapomniała, jak się pisze. Całe szczęście znamy się już tak długo, że nie ma pretensji, kiedy się popisuję chińskim...
 A szalotki były, oczywiście, pyszne!

2017-09-10

Fabienne Verdier - Pasażerka ciszy

Z wypiekami na twarzy przeczytałam książkę pierwszej zachodniej studentki, która uczyła się w Chinach malarstwa tuż po otwarciu Chin na świat. Realia Chin lat osiemdziesiątych nie zaskoczyły mnie - czytałam już o nich wielokrotnie. Ale chyba pierwszy raz zostały mi pokazane tak plastycznie. Autorka ma talent nie tylko malarski.




Jako dwudziestokilkulatka Fabienne pojechała na stypendium do Syczuańskiej Akademii Sztuk Pięknych w Chongqingu (ha! więc jednak Chongqing JEST w Syczuanie ;) ). Nie ograniczała się do okołosowieckich prądów, które narzucali jej wykładowcy; znalazła Mistrza kaligrafii i uczyła się od niego - przełamała zarówno jego niechęć, jak i wybrnęła z zakazów nauczycieli uniwersyteckich. Studia ukończyła, a potem pracowała jeszcze w Chinach w sektorze dyplomatycznym.




Szczerze mówiąc, nie znałam jej dzieł wcześniej. Może to i dobrze - raczej nie zostanę fanką, nie moja bajka. Za to do książki zapewne będę jeszcze wracać. Za wspaniałe charakterystyki słynnych artystów, od Xu Beihonga poczynając. Za obserwacje zwykłych ludzi - hodowców świerszczy czy lekarzy. Za cokolwiek naiwne, ale piękne opisy  rozmaitych grup etnicznych, od moich ukochanych Yi po Tybetańczyków. Za ciekawostki o chińskich artystach z dawnych czasów. 


I za moje nowe motto:
Nigdy nie jest za późno na naukę i nawet jeśli na starość studia nie dają olśniewającego światła, lecz chwiejny płomień świecy, jest on lepszy niż ciemność.
I jeszcze:
Jeśli droga wydaje ci się trudna, to znaczy, że zmierzasz we właściwym kierunku.
A na końcu za porównanie myśli i pragnień do gromady oszalałych małp :)

2017-09-08

grzyby

26 września obchodzony jest Europejski Dzień Języków, ustanowiony z inicjatywy Rady Europy. Dla nas, blogerów językowych i kulturowych, jeden dzień to zdecydowanie za mało, dlatego rozciągnęliśmy obchody na cały miesiąc. Na pewno jesteście już przyzwyczajeni, bo przecież to już nasz III Miesiąc Języków (poprzednich wpisów szukajcie w archiwach wrześniowych z 2015 i 2016 roku). Szczegółowy harmonogram znajdziecie tutaj, a ja serdecznie zachęcam do zapoznania się z postami innych naszych blogerów, w szczególności Uli z Français mon amour, która wczoraj pisała o interpunkcji, Uli piszącej o francuszczyźnie w języku polskim oraz Oli z FRANG, która jutro poczęstuje Was wpisem o polsko-angielskich fałszywych przyjaciołach. Jeśli boicie się, że przegapicie nasze wpisy, zachęcam do śledzenia naszego grupowego fanpejdża.

Powiem szczerze, w tym roku miałam zagwozdkę. Na warsztat miały trafić podobieństwa między Polską a krajem X bądź ich językami. Jest ich sporo. O językowych już trochę pisałam w ramach pierwszego Miesiąca Języków - wpis o chińsko-polskich fałszywych przyjaciołach do dziś jest jednym z najchętniej przez Was czytanych. Z kolei niezawodni fejsbukowi fani podrzucili mi wiele wspaniałych pomysłów: od porównań uwarunkowań społeczno-kulturowych aż po swojskie pierogi. Jednak pewnego dnia, jeszcze podczas pobytu w Polsce, ujrzałam w sklepie... kurki. Grzyby takie, żółciutkie. I temat wymyślił się sam. Chciałam bowiem porównać nie tyle Polskę i Chiny, co Polskę i Yunnan, na którym po prostu się chociaż trochę znam. Chiny są dla mnie za duże. Zawsze, kiedy sobie coś zakoduję, okazuje się, że w innym regionie Chin wygląda to zupełnie inaczej. Dlatego wolę się skupiać na Yunnanie, który kocham i z roku na rok lepiej poznaję. I tak po nitce doszłam do kłębka: to właśnie pod względem grzybiarskim Polska wyróżnia się na tle Europy tak, jak Yunnan wyróżnia się na tle Chin. Choć nie jestem żadnym specjalistą, z drugiej ręki wiem, że w większości krajów europejskich grzybiarstwo nie jest tak popularne jak w Polsce. W niektórych krajach jest zabronione prawnie, w niektórych istnieją duże obostrzenia co do ilości grzybów, które można zebrać, w innych za przywilej zbierania grzybów należy słono zapłacić, a w jeszcze innych ludzie nawet nie wiedzą, że dzikie, leśne grzyby rosnące w każdym lasku, mogą być pysznym daniem*. W Chinach jest trochę inaczej - po prostu w wielu regionach lasy są mocno przetrzebione, a poza tym Chińczycy uprawiają wiele gatunków grzybów i to właśnie te uprawne znajdują się przeważnie na przeciętnym chińskim stole. Na tym tle Yunnan wypada wprost znakomicie - można tu znaleźć około 250 gatunków jadalnych grzybów, w tym kilka gatunków endemicznych. Yunnańczycy chętnie grzyby zbierają, a w sezonie (od czerwca do września) bardzo wiele gatunków dzikich grzybów pojawia się na każdym tutejszym targowisku i w menu wielu restauracji. Niektóre restauracje wprost specjalizują się w grzybach i można w nich spożyć wyłącznie dania zawierające różne gatunki grzybów.
Ja sama grzyby kocham, zarówno w wersji polskiej, jak i chińskiej. Fascynuje mnie, że nawet te same gatunki są zupełnie inaczej wykorzystywane przez Polaków i Yunnańczyków. W Yunnanie nikt nie słyszał o kurkach w śmietanie czy o borowikowym sosie do bitek wołowych; z kolei w Polsce nie jada się świeżych borowików smażonych z szynką, czosnkiem i chilli, trufli z sojowym dipem ani grzybowego huoguo. Sądzę jednak, że tak jak ZB przypadła do gustu prawdziwkowa zupa w chlebie, tak niejednemu Polakowi zasmakowałyby yunnańskie dania grzybowe. Dlatego dziś przygotowałam dla Was mały słowniczek najpopularniejszych grzybów, które znajdziemy i w Polsce, i w Yunnanie plus kilka gatunków grzybów, które w Yunnanie są szalenie popularne i których warto spróbować. Pod niektórymi nazwami kryją się linki do moich wcześniejszych postów na tematy kulinarnogrzybowe.

Borowik szlachetny - 牛肝菌 - grzyb jak krowia wątroba
Maślak - 乳牛肝菌 - grzyb jak mleczna krowia wątroba
Podgrzybek brunatny - 松毛菌 - grzyb sosnowych igieł
Czubajka kania - w Yunnanie występuje jej kuzynka, 鸡枞菌 - grzyb kurza jodła
Gąska zielonka - w Yunnanie występuje jej kuzynka, gąska sosnowa - 松茸
Pieprznik jadalny (kurka) - 鸡油菌 - grzyb jak kurzy tłuszcz
Phallus indusiatus - 竹荪 - (grzyb) pęd bambusa
Chropiatka yunnańska - 干巴菌 - grzyb jak suszona wołowina
Gołąbek zielonawy - 青头菌 - grzyb z zieloną głową
Sarniak dachówkowaty - 虎掌菌 - grzyb jak łapa tygrysa
Smardz - 羊肚菌 - grzyb jak owczy żołądek
Trufla czarnozarodnikowa - 黑松露 - czarna sosnowa rosa.
Na koniec fota z grzybowego targu w Kunmingu:
Mam nadzieję, że uda się Wam (i mnie też, tak zupełnie przy okazji) spróbować tych wszystkich grzybowych cudów. Owocnej jesieni!

*Ciekawy artykuł na ten temat przeczytałam swego czasu tutaj.
W tym roku naszym patronem jest bab.la - słownik online.

2017-09-07

Śliwki rodu Zhao 赵记梅子

Kiedyś już wspominałam, że dalijczycy uwielbiają robić rozmaite pyszności ze śliwek. To, czy te śliwki faktycznie są pyszne, to już kwestia osobistych preferencji, ale - wielu ludzi je uwielbia i pożera kilogramami. Szczególną sławą cieszą się śliwki przyrządzane przez rodzinę Zhao. Od wielu pokoleń posiada ona kramik ze śliwkami i innymi kandyzowanymi owocami w samym centrum Starego Miasta Dali. Dawniej przy każdej wizycie w Dali szło się do nich nabyć jakieś pyszności; teraz, dzięki sprzedaży internetowej, ich biznes bardzo się rozrósł i na taobao można nabyć bardzo wiele wytwarzanych przez nich produktów.
Jak wspominałam, ja akurat tych dość dziwacznych w smaku delicji nie lubię, dlatego z małym entuzjazmem zareagowałam na prezent od jednego z moich tajtajów: paczkę spreparowanej "papai" (czyli wzdętki miechunkowej). Z grzeczności spróbowałam i... zakochałam się. Owoce zostały przyrządzone w tradycyjny dla Kunmingu sposób: na słono-ostro, z chilli! Są przepyszne!
Jeśli traficie kiedyś do Dali, koniecznie wyszukajcie te przyrządzone na pikantnie owoce, palce lizać!

PS. Nie dajcie się zwieść: na opakowaniu napisane jest, że to śliwki (梅子), ale to dlatego, że firma nazywa się Śliwki rodu Zhao; w środku naprawdę jest papaja :)

2017-09-03

小燕子 jaskółeczka

Świekrowie śpiewają Tajfuniątku piosenki. Np. o... rzepce, którą dziadek próbuje wyciągnąć z ziemi (chyba cały świat zna tę historię). Dziecię najbardziej upodobało sobie piosenkę o jaskółeczce. Szczerze mówiąc, nigdy się specjalnie nie przysłuchiwałam, więc kojarzyłam tylko, że jest jaskółka, która przylatuje na wiosnę. Ładna piosenka, szkoda, że ma tylko jedną zwrotkę.
Pewnego razu Tajfuniątko rozpaczało. Nie wiem, dlaczego, ale żadną metodą nie udawało mi się jej uspokoić. Zdesperowana, zaczęłam nucić piosenkę o jaskółeczce, a Tajfuniątko zaczęło się kiwać i uśmiechać. Postanowiłam, że w takim razie znajdę hicior na youtube i dodam do Tajfuniątkowej playlisty.
Znalazłam.
I wtedy właśnie dowiedziałam się, że piosenka ma jednak dwie zwrotki...

小燕子,穿花衣
Jaskółeczka w barwnym stroju
年年春天来这里
co wiosnę tu przybywa
我问燕子你为啥来
pytam ją więc, czemu przylatuje
燕子说:"这里的春天最美丽"
a ona mówi: "tutejsza wiosna jest najpiękniejsza".

Na razie wszystko w porządku, prawda? Piękna dziecięca piosenka. Słuchajmy dalej:

小燕子,告诉你
Jaskółeczko, powiem ci
今年这里更美丽
w tym roku jest jeszcze piękniej
我们盖起了大工厂
Wybudowaliśmy wielką fabrykę
装上了新机器
zaopatrzoną w nowe maszyny
欢迎你 长期住在这里
zapraszamy Cię, byś zamieszkała z nami na dłużej!

Nagle zrozumiałam, dlaczego świekrowie zawsze śpiewają tylko jedną zwrotkę :D

2017-09-02

brokuł w mleku kokosowym

Nieczęsto uciekam się po poradę do JWP Internetu. Tyle jest dań kuchni yunnańskiej, których jeszcze nie próbowałam! Tyle dań, których spróbowałam, ale nie poszło mi odtwarzanie! A jeszcze więcej tych, które zrobiłam i teraz robię często, bo są takie pyszne...
Ale gdy lodówka świeci pustkami i mam na stanie tylko brokuła i sporo przypraw, sięgam po poradę wujka Gugla. Przepis wzięłam z tej strony i ręczę, że pyszny.

Składniki:
  • główka brokuła podzielona na różyczki
  • limonka - skórkę zetrzeć, wycisnąć sok, odpestkować
  • niedbale poszatkowana zielona cebulka
  • dwa ząbki czosnku, posiekane
  • kawałek imbiru, drobno posiekany
  • parę łyżek gęstego mleka kokosowego
  • przyprawy: kumin, ziarna kolendry, pieprz, sól
  • ewentualnie: podprażone wiórki kokosowe i orzechy nerkowca
Wykonanie:
  1. Obsmażyć brokuł na niewielkiej ilości tłuszczu, posolić.
  2. Dolać odrobinę wody i poddusić brokuł, aż będzie półmiękki.
  3. Dodać przyprawy i mleko kokosowe, solidnie wymieszać, dusić jeszcze chwilę i już!

2017-08-25

chińskie przekleństwa

Dziś kolejny wpis w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata. Powinno być obscenicznie, ale akurat mój tekst będzie dość łagodny. Bynajmniej nie z powodu moich braków słownikowych. Również nie zbyt mały wybór dosadnych sformułowań nastręczył problemów. Wręcz przeciwnie! Chińczycy klną obficie i czasem szalenie obrazowo. Gdy ZB siada za kółkiem, zastanawiam się, czy mi zwiędną uszy, czy powinnam wyjąć kajecik i notować, ile powie przekleństw nie powtarzając się ani razu w ciągu godziny. Swoją drogą - ja też lubię sobie siarczyście zakląć. Wychodzę z założenia, że skoro należy "odpowiednie dać rzeczy słowo", to czasem to słowo musi być ordynarne. Wprawdzie nie używam w żadnym ze znanych mi języków przekleństw zamiast znaków przestankowych, ale barwność przekleństw raczej mnie bawi niż bulwersuje. Dlatego z iście lingwistyczną precyzją podchodzę do chińskich i yunnańskich przekleństw, dowiadując się, dlaczego można kogoś zwymyślać hamburgerowo, co tak naprawdę znaczy po chińsku zbitka "oczoje.ny" itd. Chętnie wzięłam też do ręki anglojęzyczną książkę o chińskich wulgaryzmach. Problem w tym, że... nie potrafiłam się zdecydować, które z tych przekleństw podobają mi się najbardziej. Zamiast przedstawiać subiektywną listę, na potrzeby dzisiejszego wpisu znalazłam więc, specjalnie dla Was, przydatne linki:
Ja sama poczęstuję Was jednak anegdotką o tym, jak pewne przekleństwo stało się dla ZB i dla mnie cudowną śmiesznostką.
Jest otóż słówko zázhǒng 杂种/ 雜種, które dosłownie oznacza "wymieszane ziarno", a używane jest, by opisać kundle i bękarty. Nazwany tak Chińczyk stanie do walki na śmierć i życie; taka obelga to straszna utrata twarzy, bo przecież dla Chińczyka rodzina jest wszystkim. Najlżejsza sugestia, że jest kukułczym jajem, a że ojciec delikwenta nosi zieloną czapkę jest po prostu splunięciem w twarz.
Szkopuł w tym, że słówko 种/種 zhǒng to nie tylko ziarno, ale i rodzaj, typ, a także rasa. Kiedyś więc, gdy byłam już w zaawansowanej ciąży, a ZB wyżywał się werbalnie na jakimś zázhǒngu, poprosiłam go, by uważał, co mówi, bo przecież prawdziwy zázhǒng jest na pewno najwspanialszy w świecie. ZB zbaraniał i dopiero po kilku chwilach spojrzał na mój wielgachny brzuch. W którym pomieszkiwało nasze prywatne, małe "mieszane ziarno" - rasa biała wymieszana z żółtą. Po chwili wspólnie doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę słowo to powinno być komplementem, bo przecież mieszańce są i ładniejsze, i zdrowsze od czystorasowych. Dotyczy to zarówno psów, jak i ludzi ;)
Stwierdziliśmy, że trzeba obelżywego "bękarta" zmienić na przykład na "ty owocu kazirodczego związku". Problem tylko w tym, że to drugie jest dużo dłuższe i znacznie mniej wygodne podczas kłótni ;)
Pamiętajcie tylko, że normalni Chińczycy na mieszane dzieci mówią po prostu "wymieszana krew" 混血, a nie wymyślają im od "mieszanych ziaren"...
Poniżej znajdziecie siarczyste wpisy z innych stron świata, do jasnej parasolki ;)
Brazylia / portugalski: Happy Brave Notes - Caralho i inne przekleństwa – wyrażamy emocje po portugalsku
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Jak (nie)przeklinać po gruzińsku
Hiszpania: Hiszpański dla Polaków - Zagadka hiszpańskich przekleństw
Irlandia: W krainie deszczowców - Przeklinać jak Irlandczyk
Niemcy: Niemiecka Sofa - Niemieckie wyzwiska w biurze; Niemiecki w Domu - Przekleństwa po niemiecku
Norwegia: Norwegolożka – Jak przeklinają Norwegowie?
Wielka Brytania: Angielski dla każdego - Angielskie przekleństwa
Jeśli podoba Wam się akcja i chcielibyście do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-07-25

Alkohol w Chinach

Od wakacyjnego lenistwa i cieszenia się Polską odrywa mnie znów akcja W 80 blogów dookoła świata. Tym razem jest imprezowo bo piszemy o alkoholach. A u mnie - jak zwykle zadziałało pierwsze skojarzenie. Jest alkohol - jest Li Bai, czyli najsłynniejszy chiński alkoholik poeta. Podobno umarł utopiwszy się, gdy płynąc nocą łodzią usiłował przepić do księżyca. Jest to o tyle nieprawdopodobne, że w jednym z wierszy mówi wprost, iż księżyc pić nie potrafi. Z drugiej strony - pijacy mają to do siebie, że często na rauszu sprawdzają rzeczy niemożliwe...
Wracając jednak do samego poety - był intelektualistą i moczymordą; subtelnym poetą obdarzonym wielkim pijackim apetytem. Znamy takich i z naszego podwórka, taki Gałczyński chociażby. Ciekawe, że choć generalnie nie lubię pijusów, ich poezja często jest tak piękna i ciekawa, że narzucam sobie oddzielenie sylwetki artysty (która mnie raczej pijaństwem drażni) od dzieła. A nawet Dzieła.
Dziś specjalnie dla Was wiersz alkoholiczny, jakby specjalnie skrojony na potrzeby dzisiejszej akcji. Tytuł chiński można przetłumaczyć jako Samotną pijatykę przy świetle księżyca. I tu pierwsza ciekawostka: w polskich tłumaczeniach bardzo często rezygnowano z prostackiej "pijatyki" na rzecz "uczty". Autocenzura czy próba "wyelegantowania" oryginału?
Wiadomo, przekład przekładowi nierówny. Dlatego zostawiam Was z oryginałem i dwoma tłumaczeniami; sami dociekajcie, które lepiej oddaje to, co poeta miał na myśli ;)

月下獨酌     李白

花間一壺酒,獨酌無相親;舉杯邀明月,對影成三人。

月既不解飲,影徒隨我身;暫伴月將影,行樂須及春。

我歌月徘徊,我舞影零亂;醒時同交歡,醉後各分散。

永結無情遊,相期邈雲漢。

Jeśli chcecie posłuchać recytacji powyższego utworu, kliknijcie tutaj:

Li Bai: "Pijąc samotnie przy blasku księżyca"
tłumaczenie: Zhongguo

Dzban wina wśród kwiatów,
Piję sam bez towarzysza
Wznosząc mój kielich witam księżyc.
Z mym cieniem jest nas troje.
Księżyc nie potrafi pić,
Na próżno mój cień mnie śledzi.
Czczę księżyc i cień,
Radość trwa aż do wiosny!
Śpiewam, księżyc się włóczy,
Tańczę, mój cień romansuje.
Na jawie, radujemy się wzajemnie,
Pijani, idziemy własnymi drogami...
Odnalezieni na Mlecznej Drodze,
W przejażdżce nie skrępowanej niczym!

Samotna uczta przy księżycu\ Li Bai
tłumaczenie: Witold Jabłoński

Pośród drzew kwitnących z dzbanem pełnym wina
Samotnie pić muszę nie znając współczucia,
W górę wznosząc czarę jasny księżyc wzywam.
A cień przede mną jest trzecim kompanem.
Chociaż księżyc wina dobrze nie rozumie,
Cień mojemu ciału wiernie towarzyszy.
Choć księżyc przelotnie stworzył kuma-cienia,
Lecz nasza zabawa trwać winna do wiosny.
Gdy śpiewam, to miesiąc na niebie się chwieje,
Gdy pląsam, to cień mój wraz ze mną tańcuje.
Gdy trzeźwi - wzajemnie cieszymy się sobą,
Pijani - pójdziemy każdy w swoją stronę;
Na wieki związani błądząc obojętnie.
Spotkanie mieć będziemy aż na Mlecznej Drodze.

No dobrze. Wiecie już, o co w wierszu chodzi. Faktycznie, wizja gościa urżniętego w towarzystwie księżyca i własnego cienia została tu przedstawiona bardzo lirycznie. Poezji tej nie oparli się nie tylko zwykli czytelnicy, ale i chińscy muzycy. Przed Wami muzyczna interpretacja wiersza, bardzo ciekawa, bo ten kameralny zespół składa się wyłącznie z tradycyjnych chińskich instrumentów:

Na sam koniec wpisu proponuję Wam zabawę... piaskiem. Utalentowany artysta nie tylko napisze dla Was ten wiersz, ale i opatrzy stosownymi ilustracjami:

Mamy więc dzieło muzyczne, audiowizualne, piękną poezję i jeszcze jej tłumaczenia. A wszystko z powodu alkoholu :)
Poniżej deliryczne wpisy innych naszych blogerów:
Finlandia: Suomika - Alkohol w Finlandii
Francja: Madou en France - Mini przewodnik po alzackich rodzajach win; FRANG - Najlepsze francuskie trunki;
Francuskie notatki Niki - Apéritif po francusku
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Wina z Abchazji
Hiszpania: Olga Nina - Alkohol w Hiszpanii
Irlandia: W Krainie Deszczowców - Alkohol w Irlandii
Japonia: japonia-info.pl - Czy w Japonii piją sake?
Kanada: Kanada się nada - BYOB czyli imprezowanie po kanadyjsku. Alkohol w Vancouver
Kirgistan: Kirgiski.pl - Co pije się w Kirgistanie oprócz herbaty
Niemcy: Niemiecka Sofa - Niemieckie alkohole; Niemiecki w Domu - Jakie alkohole pije się w Niemczech?; Językowy Precel - Nietypowe niemieckie alkohole; Niemiecki po ludzku - Oktoberfest w Blumenau (Brazylia)
Rosja: Dagatlumaczy - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Jak się pije po rosyjsku?
Szwecja: Szwecjoblog - Szwedzkie piosenki biesiadne; Polskie gadanie o szwedzkich rzeczach - Alkohol w Szwecji? Absolut-nie!
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Jak smakuje rakı?
Wielka Brytania: Angielski c2 - Pubbing in public house; Angielski dla każdego - Alkohole po angielsku;
Włochy: italia-nel-cuore - Boski Aperol Spritz, co to takiego?
Wielojęzyczne: Daj Słowo - Czeskie piwo Starobrno i jego historia
Jeśli podoba Wam się akcja i chcielibyście do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-06-25

粉红色的回忆 różowe wspomnienie

Z okazji wakacji blogerzy kulturowi i językowi postanowili Was zapoznać ze słownictwem wakacyjnym. Ja miałam tylko jedno skojarzenie, za to takie, że znów tę piosenkę nucę od rana do wieczora. No bo wakacje to przecież lato - no i oczywiście wspomnienia pięknej wakacyjnej miłości :)
Zanim jednak zaprezentuję samą piosenkę, garść ciekawostek o pierwszej wykonawczyni tego hitu, Han Baoyi 韓寶儀. Urodziła się na Tajwanie w 1965 roku pod zupełnie innym imieniem, jako najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. Od dziecka miała świetny głos, dlatego zaraz po ukończeniu liceum zaczęła śpiewać do kotleta w zachodnich knajpach w Tajpej. Swego czasu była szalenie popularna nie tylko na Tajwanie i w Chinach, ale i w Malezji i Singapurze. To właśnie w Mieście Lwa tytułowy hit ukazał się najpierw; dopiero rok później, w 1986 roku zawitał do Chin. Kariera się świetnie zapowiadała do momentu, w którym... jej mąż zabronił jej występować na scenie (sic).
Pioseneczka... taka akurat na lato. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę płyty, by przypomnieć sobie muzyczną stylistykę lat '80 XX wieku ;)
Ale dla dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków ta piosenka jest jak Beatlesi dla moich Rodziców i Kelly Family dla moich ludzi z klasy. Wybaczcie jej więc naiwność i cieszcie się pięknym latem pod jej melodię :)

夏天夏天悄悄过去留下小秘密
Lato niepostrzeżenie odeszło, zostawiając małą tajemnicę
压心底压心底不能告诉你
Którą ścisnęłam na dnie serca i nie mogę Ci o niej powiedzieć.
晚风吹过温暖我心底我又想起你
Wieczorny wiatr ogrzewa moje serce, a wtedy znów o Tobie myślę
多甜蜜多甜蜜怎能忘记
Tak słodko! Jakże mogłabym zapomnieć!
不能忘记你把你写在日记里
Nie mogę o Tobie zapomnieć i piszę o Tobie w pamiętniku
不能忘记你心里想的还是你
Nie mogę o Tobie zapomnieć i w głębi serca tęsknię właśnie za Tobą
浪漫的夏季还有浪漫的一个你
Romantyczne lato i romantyczny Ty
给我一个粉红的回忆
obdarowały mnie różowym wspomnieniem.
喔夏天夏天悄悄过去依然怀念你
Lato niepostrzeżenie odeszło, a ja wciąż za Tobą tęsknię
你一言你一语都叫我回忆
Parę słów i zebrało mi się na wspominki
就在就在秋天的梦里我又遇见你
A w jesiennym śnie znów Cię ujrzałam
总是不能忘记你
Nigdy o Tobie nie zapomnę.

A wakacyjne słówko do zapamiętania z tekstu to oczywiście 夏天 xiatian (czyt. siatjen) czyli LATO!
Poniżej - wakacyjne słówka u innych blogerów:
angielski: Angielski C2 - W 80-blogów i konkurs; Englishake - Angielski na wakacje - sytuacje kryzysowe [z przymrużeniem oka]; W Krainie Deszczowców - Wakacje po irlandzku; English at Tea - Rozmówki wakacyjne
fiński: Suomika - Wakacyjne słownictwo po fińsku; Finolubna - Loma, loma, loma!
francuski: Moja Alzacja - Słoneczne wyrażenia i idiomy na lato oraz parę wakacyjnych inspiracji; Demain,viens avec tes parents! - Pakujemy walizkę!; Francuskie notatki Niki - Wakacyjna dialektyka
gruziński: Gruzja okiem nieobiektywnym - Wakacyjny słowniczek z komentarzem
hiszpański: Hiszpański dla Polaków - Hiszpańskie słówka, które przydadzą Ci się w wakacje
japoński: japonia-info.pl - Japońskie wakacyjne słownictwo
niemiecki: Niemiecki po ludzku - Wakacyjne słownictwo; Niemiecki w Domu - Słownictwo wakacyjne po niemiecku; Viennese breakfast - Austriackie góry i jeziora dobre na wakacje - mini słowniczek
rosyjski: Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Wakacyjne fiszki
szwedzki: Szwecjoblog - Semester semestrowi nierówny, czyli szwedzkie wakacyjne słownictwo
turecki: Turcja okiem nieobiektywnym - Słowa, które warto znać w Turcji
włoski: Studia, parla, ama - 10 wakacyjnych słówek

Jeśli nasze akcje się Wam podobają i chcecie do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-06-21

50 powodów do szczęścia

Zaczęła Ania z I love Wien, a potem była jeszcze jedna Ania, z Czekolady z farszem (i Kimchi! i Chilli!!). Trafiło na dobry czas, więc i ja się z Wami podzielę.

1. Świeże mleko. Takie naprawdę świeże, wiecie.
2. Wakacje w Polsce.
3. Znajome twarze, sąsiedzi z przedmieść.
4. Basen w ogródku.
5. Ogrodowe owoce - truskawki, a w bliskiej perspektywie borówki amerykańskie, jeżyny, agrest i czarna porzeczka. Może się nawet załapię na pigwę.
6. Truskawki po raz drugi. Bo nawet te sklepowe mają zapach i smak, nie są papierowe.
7. I po raz trzeci. Zmiksowane z maślanką. Mniam.
8. A maślanka swoją drogą.
9. I kefir.
10. I jogurty bez cukru.
11. I cała reszta nabiału. W cenach niezaporowych, świeża i pyszna.
12. Kanapka z razowego chleba, którego nie musiałam sama upiec, z szynką, której nie musiałam sama zrobić i masłem, które nie kosztowało tyle, ile kosztują dwa solidne obiady.
13. Chmury. Wszystkie. Byle tańczyły z wiatrem.
14. Wiatr na twarzy, wiatr rozsiewający woń mięty.
15. Gorące i lepkie powietrze w Bangkoku.
16. Tajski strój, w który się zmieściłam!
17. Poranna gimnastyka.
18. Badminton z ZB.
19. "Mama!".
20. Pierwsza kupa w nocniku (tak, wiem, też kiedyś uważałam, że to obrzydliwe, że rodzice się tak podniecają biologią swoich pociech).
21. Słoneczne pocałunki na twarzy.
22. Obrączka na palcu - przypominajka szczęścia.
23. Lody o smaku suszonej śliwki w czekoladzie.
24. Słony karmel.
25. Buciki rozmiar 20.
26. Jazda na rowerze.
27. Ceremonia herbaciana.
28. Herbata bez ceremonii.
29. Marakuje po taniości na targowisko.
30. Mieszkanko, ciasne ale własne.
31. Stare przyjaźnie.
32. I te nowe też.
33. Buszowanie po szmaciarni.
34. Jazz.
35. Muzyka w ogólności.
36. ZB grający na saksofonie.
37. Muzykowanie w Dzikiej Pszczole.
38. Palmy rosnące w Kunmingu.
39. Każde wspomnienie Tajwanu.
40. Taka młodość, że wstyd opowiadać, ale przyjemnie wspominać ;)
41. Czytanie, po stokroć czytanie!
42. Pisanie.
43. Uścisk dłoni ZB.
44. Pocałunek.
45. Elektryczne prześcieradło podczas kunmińskiej zimy.
46. Ptaki.
47. Moment, gdy uszy przestają boleć po podróży samolotem.
48. Prysznic po ciężkim dniu.
49. Poczucie bezpieczeństwa.
50. Blog.

Znalazłoby się kolejne 50. Albo i sto. Ale - po co? Przecież widać, że cieszy mnie wszystko, co mi hojną ręką daje Bóg. Dziękuję!

2017-06-05

wakacje!

Kochani Czytelnicy!
Choć dopiero początek czerwca, dla mnie właśnie zaczynają się wakacje. Jedziemy na parę dni do Bangkoku, by stamtąd przez Ukrainę polecieć do Polski. Dla Tajfuniątka będzie to pierwsza wizyta w Polsce; nie mogę się już doczekać jej reakcji - no i oczywiście reakcji wszystkich Krewnych-I-Znajomych-Królika, którzy ponoć bardzo już czekają.
ZB zostanie w Polsce krótko - wiąże go praca; nie mógł wziąć trzymiesięcznego urlopu. Za to ja planuję zostać w kraju aż do końca sierpnia, by dać Dziadkom nacieszyć się Maleństwem i by dać sobie chwilę wakacji od Chin. Tym samym - żegnam się z Wami na trzy miesiące. Nie będę uzupełniać bloga zapomnianymi wpisami, bo zamierzam nie mieć czasu. Ale pewnie coś tam pisać i trzymać w zanadrzu będę. W końcu - po to jadę na wakacje, żeby Tajfuniątko sprzedać Dziadkom i sąsiadom, a samej móc się wyspać i zająć samą sobą...
Wybaczcie więc ciszę. A jeśli będziecie bardzo tęsknić - zaglądajcie do Tajfuniątka, bo tam pewnie co jakiś czas wrzucę jakieś zdjęcie czy anegdotkę... No i - piszcie na baixiaotai(at)gmail.com. Mejle zamierzam odbierać ;)
Udanych wakacji!

PS. Mam też nadzieję, że uda mi się z Wami zobaczyć jakoś przy okazji warsztatów herbacianych w Krynicy :) A może ktoś chciałby mi zorganizować warsztaty herbaciane w jakimś innym miejscu Polski? :)

2017-06-04

Jak się zmieniło moje postrzeganie Chin?


W tym miesiącu wraz z innymi dziewczynami z Klubu Polki na Obczyźnie zastanawiamy się, jak i czy inaczej widzimy teraz kraj, w którym dane jest nam mieszkać. Serdecznie zachęcam do zapoznania się z innymi wpisami powstałymi w ramach projektu letniego; na pewno wiele rzeczy Was zaskoczy.
No pewnie, że widzę wszystko zupełnie inaczej. Nie wiem jednak, czy to tylko kwestia mieszkania tutaj tak długo, czy po prostu tego, że się zestarzałam... Tak czy inaczej, przypomniałam sobie własne reakcje w rozmaitych sytuacjach. Zmiana jest diametralna.

2008: stary Chińczyk odkrztusza głośno flegmę i spluwa gęstym charkiem na ulicę. Soczyście przeklinam po polsku; odechciewa mi się jeść na spory kawałek czasu. W dodatku takich Chińczyków spotykam dziennie kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu. Brrrr.
2017: kiedy słyszę charakterystyczny dźwięk oczyszczania dróg oddechowych, po prostu się szybko oddalam i odwracam głowę w drugą stronę.

2008: Chińczycy przejeżdżają przez skrzyżowania na czerwonym, NIGDY nie zatrzymują się przed przejściem dla pieszych i ustępują tylko pojazdom większym od siebie, bez względu na to, jak jest dane miejsce oznakowane. Parkują na środku wąskiej drogi. Jeżdżą pod prąd MASOWO. Trzeba mieć ośmioro oczu. Albo i szesnaścioro...
2017: Biały Mały Tajfun mknie drogami rowerem albo skuterem, a gdy widzi kolejną Sytuację na drodze, nawet mu ciśnienie nie rośnie. Omija i jedzie dalej, cudem unikając śmierci ;)

2008: Wchodzę do knajpy, bo ładnie pachnie. Siadam i przylepiam się do stołu, bo ta cerata zdecydowanie pamięta lepsze czasy. Nie zna za to wycierania. Wyobrażam sobie, jak wygląda kuchnia. Wychodzę.
2017: Jeśli kelnerzy są tak zajęci, że nie mają czasu przetrzeć stołu, to znaczy, że jest tu duży ruch i na pewno pyszne żarcie. Zostaję. Na wszelki wypadek przemywam otrzymane naczynia herbacianym wrzątkiem i pamiętam, żeby nie dotykać stołu.

2008: Jacy ci Chińczycy są kolorowi! A jak pstrokato poubierani!
2017: Jacy ci Polacy są szarzy...

2008: Jaki ten Kunming jest wielgachny!
2017: Jaka ta Warszawa jest maleńka...

2008: Dlaczego oni do wszystkiego dodają chilli?!
2017: Po pierwsze nie do wszystkiego, a po drugie - co komu to chilli przeszkadza? Przecież niedoprawione jedzenie jest niesmaczne!

2008: To straszne, oni bez przerwy żrą antybiotyki, które zresztą można bez recepty kupić w każdej aptece. Ja nie chcę! Ale co mam zrobić?...
2017: Zioła, akupunktura i masaże lecznicze to wspaniała sprawa, tym piękniejsza, że łatwo dostępna i tania. Jak ci Europejczycy mogą się truć chemikaliami?

2008: O! Tu się jada robaki, chwasty i rozmaite gatunki mięsa! To pewnie z biedy.
2017: Jaka szkoda, że polskie sklepy spożywcze są tak marnie zaopatrzone! Nic dziwnego, że Polska to taki biedny kraj...

2008: Nie lubię tej wódki, ale przecież chińska kultura picia zabrania odmawiać. Niech tam.
2017: Nie lubię tej wódki. Żaden dobrze wychowany Chińczyk nie próbowałby mnie zmusić do picia. Chcesz spróbować mnie zmusić? Spier...!

2008: Jak można makaron jeść pałeczkami?
2017: Jak można spaghetti jeść widelcem i łyżką? I to w dodatku z talerza?!

2008: Chiny to kraj rozwijający się, dlatego ta bieda tak kłuje w oczy.
2017: W Chinach nawet stare babcie na targu mają smartfony i oferują możliwość zapłaty bezgotówkowej. Polska jest biedna?...

2008: Herbata Lipton.
2017: To w końcu herbata czy Lipton?

2008: Jacy ci Chińczycy są pracowici!
2017: Jacy ci Chińczycy są niepozbierani!

Moje postrzeganie Chin zmieniło się tak samo mocno, jak ja sama. I pewnie zmieni się jeszcze pod wieloma, wieloma względami. Nowe sytuacje, zmieniające się czasy, opatrzona egzotyka zastąpiona mimo wszystko kolorową codziennością.
Nie zmienia się tylko jedno: Chiny nadal są dla mnie szalenie fascynujące!

2017-06-03

sałatka z pędów pieprzu syczuańskiego 凉拌花椒尖

To już sama końcóweczka sezonu na zieleninę z pieprzu syczuańskiego. Gdy wykonałam już ziemniaki smażone z liśćmi, placuszki z liśćmi i tempurę z całymi gałązkami pieprzu, przyszedł czas na sałatkę.

Składniki:
  • pędy pieprzu syczuańskiego
  • sos sojowy
  • ocet
  • świeże chilli
Wykonanie:
  1. Pędy wsadzić do garnka z wodą i krótko obgotować. Odcedzić.
  2. Gdy pędy się właśnie suszą na cedzaku, przygotować sos: wymieszać sos sojowy i ocet w proporcji 1:1 i dołożyć po uważaniu trochę niedbale posiekanego chilli.
  3. Odcedzone liście wsadzić do sosu i solidnie wymieszać. Poczekać pół godziny, aż się "przegryzie".

2017-06-01

nauczycielka

Czasami przeszłość potrafi człowiekowi odbić się czkawką.
Wychodzimy z naszej ulubionej kantońskiej knajpy. Tajfuniątko uwielbia tamtejszy kleik, ja kocham bakłażany i bułeczki na parze, ZB jest fanem makaronów i uszek w lekkich zupach. Świekrowie poświęcają się dla nas i też jedzą, choć kantońskiej kuchni nie znoszą, bo nie jest kuchnią kunmińską, a to dyskwalifikuje każdą kuchnię.
Jesteśmy już na dole, Tajfuniątko grzecznie zawinięte w chustę odpoczywa na moich plecach, ZB rozpościera nad nami parasol, ja oczywiście z miejsca wdeptuję w kałużę i już czuję, jak mi buty chlupią. Mimo to uśmiecham się miło do pani, która też patrzy na mnie z nieśmiałym uśmiechem. Ostatnio wszyscy się do mnie uśmiechają. To przez Tajfuniątko - podbija absolutnie wszystkie serca.
Tym razem to nie przez Tajfuniątko. Pani bowiem pyta cicho: "Ty jesteś z Polski, prawda?"
Zamurowało mnie. Szukam w pamięci znajomych Chinek, koleżanek z pracy, dawnych znajomych, kogokolwiek względnie pasującego do tej twarzy. W głowie pustka. Kiwam głową - tak, jestem z Polski. "Studiowałaś na Uniwersytecie Yunnańskim... ile to już? Będzie dziesięć lat?". Rozjaśniło mi się. Tak! Mam! To przecież nauczycielka. Nie pamiętam imienia, ale uczyła nas gramatyki i słownictwa w drugim semestrze. To był jej pierwszy raz z obcokrajowcami; była średnia, bo wydawało jej się, że wystarczy się przygotować tak, jak dla Chińczyków. Tymczasem Chińczycy nie zadają pytań, a my pytania mieliśmy bez przerwy. Nauczycielką była średniawą, ale - w sumie była miła. Po zajęciach przegadałam z nią wiele godzin, m.in. przy herbacie, u mnie w domu. Jak mogłam zapomnieć? No ale - faktycznie, to już osiem lat, a ja rzadko wracam myślami do tego pierwszego roku w Kunmingu. Zbyt wiele spraw mi się wtedy nie udało, by były to radosne wspomnienia.
Nauczycielka kontynuuje: "Widzę, że założyłaś rodzinę! Jakie śliczne dziecko! A to na pewno Twój mąż. Yi, prawda?".
Świekrowie przestali się uśmiechać. Z mojej własnej twarzy odpłynęła cała krew. Zdołałam wyjąkać: "nie, mój mąż jest Hanem". Tym razem zaczerwieniła się nauczycielka. Zorientowała się, że palnęła gafę. Zapadła niezręczna cisza. Pożegnałyśmy się nie biorąc od siebie nawzajem numerów telefonów ani wechatów. Ani to jej wina, ani moja. Po prostu - źle wypadło, że spotkałyśmy się akurat wtedy, gdy byłam otoczona moją chińską rodziną, której nie w smak było słyszeć o tym, że nawet moja nauczycielka znała mojego ex, który był Yi...
Całe szczęście ZB w ogóle nie zareagował - przecież zna moją przeszłość (sam też ma bogatą :P). A ja... Czy mam się czego wstydzić? Nie, nie muszę. Nikogo nie skrzywdziłam. A nawet jeśli skrzywdziłam, to za punkt honoru stawiałam sobie zadośćuczynienie. To zaledwie jedna karta wspomnień, głos z przeszłości, którą pewnie kiedyś będę wspominać z czułym uśmiechem.
Kunmingu, lepiej ode mnie wszystko pamiętasz...

2017-05-30

Święto Smoczych Łodzi

Gdy Kamionkowa Radość odwiedziła Kunming, wiadomo było, że MUSIMY pójść na targ, który obie darzymy wielką sympatią. Tym razem KR była tylko w odwiedzinach, więc mogła wyciągnąć aparat i zachowywać się jak turystka. I dobrze! Dzięki temu zaopatrzyła mnie w sporo pięknych spożywczych zdjęć, które wielkodusznie pozwoliła mi umieścić na blogu.
Jak to turystki, przystawałyśmy przy każdym straganie, uśmiechając się do sprzedawców i dopytując, czy aby na pewno wiemy, co widzimy. A ponieważ właśnie zbliżało się Święto Smoczych Łodzi, na wielu straganach zaczęto sprzedawać dobrze nam znane dzongdze (zongzi 粽子) - trójkąty 3D z kleistego ryżu z wkładką. Jeden ze straganów bardzo się wyróżniał. Nie tylko sprzedawcami ubranymi na ludowo - w stroje grupy etnicznej Buyi, którzy w dodatku byli weseli i rozśpiewani, ale i asortymentem: poza paroma typami dzongdzów można tu było kupić słynny barwny ryż.
Już z daleka zapachniało. Gdy KR zapytała, co to za ryż, ja zaczęłam opowiadać, bo zetknęłam się z nim w Luopingu. Sprzedawcy, choć nie mogli zrozumieć naszej polskiej konwersacji, wychwycili nazwę Luoping i oczywiście nazwę własnej grupy etnicznej. Potwierdzili, że tak, właśnie stamtąd są, a gdy zorientowali się, że znamy trochę mandaryński i możemy się z nimi dogadać, aż pojaśnieli jak słoneczka. I zapytali, czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcia! Zgodziłyśmy się ochoczo, żądając w zamian możliwości zrobienia zdjęć ich pysznemu żarełku. Och, było dużo śmiechu i radości, pamiętam to jak dziś, choć od tego dnia minęły już dwa lata.
Skoro minęły już dwa lata, dlaczego o tym wspominam akurat teraz? Otóż parę dni temu Buyi wrócili na mój ukochany targ z barwnym ryżem i przepysznymi dzongdzami. Widząc te same twarze, uśmiechnęłam się nieśmiało w niemym pozdrowieniu. W życiu bym się nie spodziewała, że znów zostanę wciągnięta do sklepiku i przywitana serdecznym "dawnośmy się nie widzieli!", jakbyśmy byli starymi znajomymi, a nie ludźmi, którzy widzieli się raz w życiu.W dodatku dostałam śliczny koszyczek dla Tajfuniątka.
Ciepło mi się zrobiło na sercu, jak zawsze, gdy nieznajomi-znajomi wysyłają do mnie przyjazny promyczek. Jak długo "moi" Buyi będą sprzedawać dzongdze na tym targu, tak długo nie kupię żadnych innych!
Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Smoczych Łodzi!

Inne wpisy smoczołodziowe:

2017-05-28

Pearl S. Buck - Ukryty kwiat

Historia, jakich wiele: ona Japonka, on Amerykanin. Smak podkręcony tym, że on to wojskowy stacjonujący w Japonii tuż po wojnie, a ona to Japonka urodzona w Stanach, która z racji wojny musiała do Japonii wrócić wraz z rodzicami. Skoro ona - całe życie w Stanach, zaledwie parę lat w Japonii i on, Amerykanin - to niby co mogło pójść nie tak?
Wszystko.
Autorka bardzo oszczędnie opisuje historię tych dwojga; w dzisiejszych czasach pewnie dałoby się na tej podstawie nakręcić dwunastoodcinkowy serial, ale Buck zostawia pole do wyobraźni czytelnikowi. Muszę przyznać, że o ile sama lektura wciągająca była umiarkowanie, o tyle rozmyślanie o bohaterach w późnych godzinach nocnych odbierało mi sen dość skutecznie.
Drażnił mnie Amerykanin, bo ona koniecznie musi się ubierać w kimono, w kimonie wygląda tak piękne, a w zwykłych ubraniach niczym się nie różni od innych dziewcząt. Grrr. Typowy objaw "żółtej gorączki" - nawet teraz mężczyzn kuszą Azjatki w tych wytwornych strojach: kimono, qipao, nawet aodai.
Drażniła mnie Japonka, bo tak doskonale weszła w rolę tradycyjnej Japonki, choć całą młodość mieszkała w Stanach.
Drażnili mnie oboje, bo są tchórzami, którzy próbowali się bawić w dorosłość, ale nie wyszło. To nie różnice kulturowe zniszczyły ten związek, a brak odwagi i konsekwencji. Oboje zrezygnowali z uczuć z wygody. A już moment, kiedy Japonka oddała dziecko... Zrozumcie, patrzę na buzię śpiącego Tajfuniątka i gdyby ta bohaterka była z krwi i kości i stała obok mnie, chyba bym ją udusiła! Jak można oddać dziecko? A już zwłaszcza takie, które się kocha?!
-A ty, moja droga - powiedział cicho po chwili - nadal miłujesz tego Amerykanina?
Na to pytanie gwałtownie uniosła głowę. To on zapytał, jednak sama również wielokrotnie je sobie zadawała. Tak, bardzo kochała Allena, lecz była to miłość wypalona, i zawsze będzie go kochać, lecz już bez żadnej nadziei. Nie powinni byli się spotkać. Urodzili się z dala od siebie, toteż powinni żyć i umrzeć po przeciwległych stronach świata. Nie był jej połówką ani ona jego. Bogowie rozdzielili ich, a mimo to Allen i Josui postanowili złamać ich odwieczne prawa. Nie czuła w sobie buntu i prawie w ogóle rozpaczy, a jedynie smutek niezgłębiony niczym jej życie.
- Moja miłość do niego nie ma sensu - rzekła wprost.
Nie urodzili się z dala od siebie, a oboje w Stanach. A jednak - równie dobrze mogliby się urodzić gdziekolwiek, bo tu chodzi raczej o odległość kulturową, oczywiście. On urodził się w zamożnej rodzinie Południowców, a ona w rodzinie japońskiej, na tyle tradycyjnej, że świekra wybrała żonę dla syna. Ale - to byłoby do przezwyciężenia, gdyby istniało chciejstwo. To kwestia chciejstwa, czy mała kliteczka jest piekłem czy rajem. Ja kocham męża, więc 45 metrów kwadratowych to mój mały raj. To kwestia chciejstwa, czy pozostanie się z dzieckiem, czy je odda. Nie wątpię, że niezamężnej kobiecie było w owych czasach jeszcze trudniej niż teraz, ale... Wtedy, gdy ta dziewczyna mówiła, że sobie nie poradzi i tak dalej, nagle uświadomiłam sobie, że mniej mniej więcej w tym samym czasie osadzona jest inna powieść z nieślubnym, mieszanym dzieckiem - Świat według Garpa. Ta matka chciała dziecka, więc zrobiła wszystko, co w jej mocy, by syna zatrzymać. Oczywiście, to są tylko powieści. Powieści powieściami, a życie życiem.
Swoją drogą, dopiero ta książka uświadomiła mi istnienie w Stanach obozów przesiedleńczych dla Japończyków; przypomniała również, jak długo w poszczególnych stanach utrzymywało się prawo, zakazujące mieszanych małżeństw i piętnujące mieszane dzieci. Dziś pamięta się głównie o dyskryminacji czarnych i mulatów, ale przecież tak naprawdę każda mieszanka była zakazana. Ponoć w owych czasach na mieszane dzieci patrzyło się raczej z fascynacją podszytą obrzydzeniem; ciekawe, że dziś to właśnie mieszańce uważane są często za najbardziej atrakcyjne (vide Keanu Reeves i moja ulubiona Karen Mok).
Każda książka o związku międzykulturowym daje mi możliwość zatrzymania się od nowa nad własnym małżeństwem. Po raz kolejny dziękuję niebiosom, że przyszło mi urodzić się w czasach i w kraju, w których pewne decyzje kobieta może podjąć sama. A jeśli decyzja okaże się błędna, zawsze jest przynajmniej parę rozwiązań problemu, nie tylko ucieczka z domu pod nieobecność chłopa...
Książeczka raczej błaha; nie wiem, czy fatalnie przetłumaczona, czy nieszczególnie dobrze stylistycznie napisana, bo styl męczący i dobór słów taki sobie (słowo "miłować" na zawsze wyjdzie z mojego słownika). Ale... cieszę się, że przeczytałam i znów zerknęłam na mój międzykulturowy miks z zupełnie innej strony.

2017-05-27

ziemniaki smażone z liśćmi pieprzu syczuańskiego

Ja przepraszam, że Was tak tymi liśćmi pieprzu syczuańskiego zadręczam. Ale właśnie trwa sezon, a ja się muszę nacieszyć, bo później przez cały rok będę się tylko ślinić na każde wspomnienie...

Składniki:
  • garść liści pieprzu syczuańskiego, niedbale posiekanych
  • jeden duży ziemniak pokrojony w bardzo cienkie plasterki i solidnie opłukany z krochmalu
  • sól i chilli do smaku
Wykonanie:
  1. Do rozgrzanego woka wlać sporo oleju.
  2. Na rozgrzany tłuszcz wrzucić ziemniaki i smażyć mieszając, by nie przywarły.
  3. Po minucie dorzucić liście pieprzu i resztę przypraw.
  4. Zmniejszyć ogień i smażyć, aż ziemniaki będą usmażone.

2017-05-25

Z czego śmieją się Chińczycy?

Dziś jak zwykle próbuję się zmierzyć z tematem akcji W 80 blogów dookoła świata. Muszę przyznać, że miałam problem. To, co najśmieszniejsze według Chińczyków zależy przecież (tak samo jak u Polaków) tak od wykształcenia tychże, jak i od miejsca zamieszkania, środowiska, w którym się obracają itd. Są i tacy, których bawi widowiskowe upadanie i rzucanie w kogoś tortem, i tacy, których rozbawi przemyślny kalamburek, wykorzystujący liczne chińskie homofony. Są umierający ze śmiechu nad serialem "Przyjaciele" i tacy, których bawi tylko humor w chińskim wydaniu. Są tacy, którzy potrafią śmiać się z siebie - choć w skali Chin będzie ich stosunkowo niewielu, bo Chińczycy panicznie boją się "utracić twarz". Są tacy, którym znakomicie idzie wykpiwanie innych, ale nie daj buddo się odwdzięczyć pięknym za nadobne. Jak wszędzie...
Postanowiłam więc dziś po prostu podzielić się jednym z chińskich dowcipów, który ostatnio mnie rozśmieszył; ponieważ jest związany z czymś specyficznym dla Chin, zapadł mi w pamięć:

Nauczyciel pyta: Dlaczego w dawnych czasach kobietom krępowano stopy?
Uczeń odpowiada: Bo obawiano się, że będą chodzić na zakupy.
Nauczyciel kontynuuje pytanie: W takim razie dlaczego zrezygnowano z tej praktyki?
Uczeń: Obecnie istnieje Alipay, więc skrępowanie stóp ich nie powstrzyma...

Dla niezorientowanych: Alipay to bodaj największa platforma płatności online i mobilnej na świecie. Piękno zapłaty przez Alipay polega na tym, że gdy wybierzemy produkt i zostanie nam dostarczony, w momencie potwierdzenia, że nam się on podoba i tak, chcemy zapłacić - dopiero wówczas zapłacić musimy. Żadnego kupowania kota w worku. W chwili obecnej większość sklepów i punktów usługowych w całych Chinach - od supermarketów po stragany z owocami - oferuje możliwość płacenia przez Alipay. Gotówka staje się powoli zbędna; przeciętny Chińczyk posiada smartfona, a z jego pomocą w każdym miejscu zapłacimy jeśli nie przez Alipay, to przez analogiczną platformę pod egidą WeChatu - najważniejszej aplikacji telefonicznej w Chinach, pozwalającej na to wszystko, co daje zachodniemu światu facebook, a oprócz tego na wideorozmowy, wysyłanie wiadomości głosowych, robienie biznesu i płacenie bezgotówkowe. Szczerze mówiąc - już nie pamiętam, kiedy poza targowiskiem płaciłam gotówką. We wszystkich znanych mi sklepach istnieje możliwość zapłaty przez komórkę. Ba! Nawet moi uczniowie mi płacą na WeChacie. Wyjście z domu bez portfela stało się w Chinach czymś kompletnie normalnym - pod warunkiem, że masz z sobą smartfona...
I tak w jednym króciutkim dowcipie został zmieszczony przerażający kawał historii Chin związany z tradycją krępowania stóp oraz krótkie podsumowanie XXI wieku :)

A jak z tematem poradzili sobie inni nasi blogerzy?
Francja: Français mon amour - Z czego śmieją się Francuzi?; Francuskie notatki Niki - Najukochańsza ofiara francuskich dowcipów - http://notatkiniki.blogspot.com/2017/05/najukochansza-ofiara-francuskich.html
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym: Z czego śmieją się Gruzini ?
Hiszpania: Hiszpański dla Polaków - Z czego śmieją się Hiszpanie?    http://www.hiszpanskidlapolakow.com/o-hiszpanii/z-czego-smieja-sie-hiszpanie/
Japonia: japonia-info.pl, Co śmieszy Japończyków, http://japonia-info.pl/co-smieszy-japonczykow/
Kirgistan: Kirgiski.pl - Baśnie Niebiańskiej Beszbarmakii - http://kirgiski.pl/2017/05/basnie-niebianskiej-beszbarmakii/
Szwecja: Szwecjoblog - Göteborgshumor, czyli z czego śmieją się mieszkańcy Göteborga 
Jeśli podoba Ci się nasza akcja i chcielibyście dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com