blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-05-31

花椒葉 liście pieprzu syczuańskiego

Na moim najukochańszym targu znów pojawiły się liście pieprzu syczuańskiego! Oczywiście kupiłam:
Zapach mają oczywiście pieprzowy, świdrujący w nosie; w smaku są delikatniejsze od samego pieprzu - choć podniebienie odrobinę mrowi, bardziej wyczuwalna jest kwiatowo-warzywna nuta. Jeśli nie mieszka się w Kunmingu, warto wyhodować sobie drzewko syczuańskiego pieprzu tylko dla tych liści!
Kiedy już będziecie ich mieć przynajmniej garść, łatwo przyrządzić najwspanialszy przysmak pieprzolistny - naleśniczki:
Składniki:
*garść umytych i osuszonych liści pieprzu syczuańskiego
*odrobina mąki rozrobionej z wodą i szczyptą soli
Wykonanie:
Składniki połączyć, wlewać na patelnię z rozgrzanym tłuszczem małymi porcjami, smażyć z obu stron.

Podczas przebierania i mycia liści trzeba uważać - gałązki są pokryte kolcami, które kłują równie dotkliwie jak jeżyny i inne takie.

2014-05-30

Tęczowe Wzgórze 虹山

Jest sobie w Kunmingu osiedle nazwane Tęczowym Wzgórzem 虹山. Urosło ono wokół fabryki, która już nie działa, ale której kominy straszą do dziś.
Osiedle jest malownicze, bo pierwsze piętro każdego budynku jest na innym poziomie. Faktycznie bowiem osiedle powstało na wzgórzu, które obwiedzione zostało ulicami: Tęczowowzgórna Północna, Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Ładnie to widać na mapce z baidu:
Punkt A to właśnie szczyt Tęczowego Wzgórza i poza osiedlem z dużą ilością schodów - nic tam nie ma. Ale nie pisałabym przecież o nim, gdybym nie miała w zanadrzu jakiejś ciekawostki, prawda? Tym razem namówiłam na wspomnienia teścia.

Gdy kończyłem liceum, nauczyciel doradził mi studia techniczne. Mnie w sumie było obojętne - bylem się tylko dostał, cała reszta była nieważna. Było to dokładnie pięć lat po ustanowieniu ChRL (czyli w 1954 roku), Kunming dopiero zaczynał wracać do normalności. Niemal wszystko trzeba było zbudować od nowa.
Dostałem się na studia i je z powodzeniem skończyłem. Ba! Dostawałem nawet stypendium za dobre wyniki w nauce - przyznawano je tylko trzem najlepszym studentom na roku. Ponieważ po wojnie nie miałem już rodziny, do której mógłbym się zwrócić o pomoc, tylko dzięki temu stypendium mogłem sobie kupić buty czy ubranie. Wydawane było raz do roku, więc właśnie tak często uzupełniałem garderobę.
Dostałem się na politechnikę, której wtedy nie było. Istniała na papierze, zatrudniała wykładowców, ale mieliśmy do dyspozycji tylko jeden niewielki budynek, w którym się znajdowały sale wykładowe, akademik i stołówka jednocześnie. Na laborki chodziliśmy na Uniwersytet Yunnański - tylko tam były dobrze wyposażone laboratoria, tylko tam były niezbędne sprzęty. Pamiętam, że na laborki chodziło się w czwartki i żeby dojść do naszej sali, musieliśmy minąć wydział medycyny. Razu pewnego trafiliśmy na zajęcia z anatomii. Przywieziono właśnie świeże ciała. Z tego, co wiem, byli to głównie przestępcy oraz szpitalni pacjenci, po których nikt się nie zgłosił. Tak więc podglądamy, a tam biedni studenci medycyny, po trzech przy każdym trupie, trudzą się z ponazywaniem wszystkich kosteczek w ręce, którą musieli własnoręcznie rozciąć. Pamiętam, jak jeden z kolegów z klasy porównał świeżo rozkrojone mięso ludzkie do wieprzowiny w czerwonym sosie. Traf chciał, że prosto po laborkach wróciliśmy na kolację, której głównym składnikiem była właśnie taka wieprzowina. Nikt z nas nie dał rady przełknąć...
Ale o czym to ja?... Aa, tak, więc mieliśmy tylko jeden budynek, kiedy rozpoczął się rok akademicki. Uczelnia jednak szybko temu zaradziła. Kończyliśmy zajęcia około czwartej po południu i szliśmy prosto na plac budowy. Oczywiście pracowali tam zwykli robotnicy i inżynierowie, ale my żeśmy musieli pomagać przy prostych robotach - nosiliśmy cegły i piasek, mieszaliśmy zaprawę itd. Ale to dopiero później. Wcześniej trzeba było oczyścić teren pod zabudowę - chodziliśmy więc po zalesionej i zachwaszczonej górze i rozbijaliśmy groby. Tak, tak. Przecież Tęczowe Wzgórze było tuż za granicami miasta, pięknie położone, ze świetnym fengshui - idealne miejsce na cmentarz. Nikogo nie obchodziło, czyje to groby. Wiadomo było, że przed Wyzwoleniem* musiały być to groby ludzi bogatych, bo biednych by na takie nie było stać. Nie czytaliśmy napisów, nie chcieliśmy wiedzieć, do kogo te groby należały. Nie mieliśmy przecież wpływu na to, że władze uczelni kazały nam je niszczyć...
Po dwóch latach studiów mieliśmy już trzy budynki uniwersyteckie i własne laboratorium. Oczywiście za pracę przy budowie nikt nam nie tylko nie zapłacił, ale nawet nie podziękował. Wszystko się robiło "w czynie społecznym", a za uchylanie się od obowiązków wobec własnego kraju można było wylecieć ze studiów z wielkim hukiem.

I tak właśnie dowiedziałam się, co się stało ze starymi kunmińskimi cmentarzami. Budowanie nowego, wspaniałego kraju - właśnie za taką cenę.
Parę lat temu władze ogłosiły, że na miejscu dawnej fabryki powstanie park. Po dziewięciu latach czekania - nic. Nie od dziś wiadomo, że ochrona i odbudowa terenów zielonych nigdy nie przebije konieczności wyburzenia kolejnego domu i postawienia kolejnego pustego osiedla...

*tak się potocznie nazywa rezultat przejęcia w Chinach władzy przez komunistów - ustanowienie ChRL.

2014-05-27

wybieranie imienia 取名

W Chinach wybór imienia może być albo idiotycznie prosty, albo bardzo trudny. Rodzice mogą postąpić tak jak w Polsce: stwierdzić "to imię mi się podoba" i je nadać. Zazwyczaj jednak jest dużo, dużo trudniej.
Po pierwsze: tradycyjnie imię wybiera dla dziecka nestor rodu. Rodzice nie mają nic do gadania. Pół biedy, jeśli dziadek/pradziadek jest wykształcony i zna się choć trochę na znakach - może wybierze coś ładnego i sensownego. Ale jeśli jest analfabetą?
Po drugie: można iść do specjalisty. Takiego jak choćby ten:
To wróżbita o specjalności wybór imion. Nie mylcie go z Cygankami, wróżącymi z dłoni, że wyjdzie się za przystojnego bruneta, który złamie serce. Wybieracz imion jest w Chinach szanowanym zawodem. Przecież każdy chce dla dziecka jak najlepiej, prawda? Trzeba tam iść dobrze przygotowanym - by wybrać dobre imię, trzeba znać nie tylko datę urodzenia, ale i dokładną godzinę, a nawet minutę. Imię wybiera się w odniesieniu do chińskiego zodiaku przy pomocy Księgi Przemian. Ważne jest też odniesienie imienia do nazwiska; w każdym chińskim znaku tkwi bowiem "moc" i dlatego znak nazwiska trzeba mądrze uzupełnić znakami imienia.
Wizyta u wróżbity może sporo kosztować, skoro musi on wziąć pod uwagę tak wielką liczbę danych. Pewnie właśnie dlatego powstała już alternatywa: są strony internetowe, które te wszystkie dane porównają za darmo i podrzucą nam przykładowe imiona dla dziecka. O, proszę, tutaj mam taką stronę. Dowiedziałam się z niej, że gdybym właśnie dzisiaj urodziła syna o godzinie 14:36, powinnam dać mu na imię "Tłumacząc W Pośpiechu" (釋卞)...
Dla anglojęzycznych czytelników mam inny link. Tutaj można spróbować wybrać sobie imię w jakiś sposób skorelowane z naszymi zachodnimi imionami. Oczywiście, z chińskim zodiakiem i tradycją nie mają te imiona specjalnie dużo wspólnego, ale zawsze można się pobawić, prawda?

2014-05-26

wybielanie

Czas jakiś temu zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Przyjaciółka jest Polką, ale obecnie przebywa na Tajwanie i choć szeroko pojęta azjatczyzna nie jest jej obca, czasem i ona daje się Azjatom zaskoczyć. Tym razem zadzwoniła z njusem kosmetycznym. Zabiła mnie, muszę powiedzieć. Dopóki nie przysłała linka, nie wierzyłam, że coś takiego istnieje:
Nawet, gdybym rozumiała azjatycki szał wybielania się na siłę, idea wybielania się TAM mnie trochę bawi. Kochane Azjatki, my TAM też nie jesteśmy białe...
Zdjęcie stąd.
A tutaj śliczna anglojęzyczna blogonotka na ten temat :)

2014-05-25

Nie ma drugiego takiego kraju XI

Tym razem wspaniała Pani Pastorowa opowie nam o tym, jacy tak naprawdę są ci Chińczycy.

CHARAKTER

Początkowo ciężko poznać charakter Chińczyka. Ze sposobu, w jaki się wypowiada, moglibyście wnosić, że jest bardzo skromny; przecież nazywa siebie samego „nędznym człekiem” albo „głupkiem”, a swego syna zwie „psim synem”, jeśli jednak zarzucisz mu, że ma złe serce, poczuje się bardzo obrażony; nadaje sobie bowiem te miana tylko po to, by się skromnym wydawać. Nazywa swych znajomych „czcigodnym wujem” czy „szanownym bratem”, co czyni, by im sprawić przyjemność.
Chińczycy są bardzo dumni ze swego kraju i myślą, że nie ma drugiego takiego. Nazwali go „Niebiańskim Cesarstwem”*. Gardzą obcokrajowcami jako małpami i diabłami. Często można usłyszeć, jak kobieta poucza swe dziecię: „Patrz, zagraniczny diabeł (albo Fan Quei)**”. Chińczycy sądzą, że Anglicy są szpetni i zwą ich „czerwonowłosą nacją”.
Trzeba przyznać, że są Chińczycy pracowici: w rzeczy samej, gdyby nie byli, umarliby z głodu. Biedak często musi harować cały dzień po kolana w wodzie na polach ryżowych, a i tak na kolację ma tylko trochę ryżu i parę ziemniaków.
Damy, które nie muszą pracować są bardzo leniwe i zimą wstają bardzo późnym rankiem.
Mężczyźni bawią się jak nasze dzieci; ich ulubioną zabawą jest puszczanie latawców. Taniec za to jest raczej nieznany.
Chińczycy są bardzo egoistyczni i nieczuli. Można zobaczyć umierających żebraków na środku miasta i nikt się o nich nie troszczy, a tuż obok ludzie uprawiają hazard.
Chińczycy uważają, że po śmierci danego człowieka dom musi zostać oczyszczony z duchów; by nie przysparzać sobie kłopotu, ubodzy wyrzucają umierających krewnych ze swych ruder na ulicę, by tam umarli.
Jednak generalnie synowie okazują swym rodzicom wielki szacunek. Często trzymają ojcowską trumnę w domu przez trzy miesiące, a znany jest też przypadek syna, który spał przy takiej przez trzy lata. Krewni są zazwyczaj uprzejmi dla siebie wzajemnie, ponieważ spotykają się w Sali Przodków by czcić te same osoby. Przez oszczędność żyją razem i jadają w sto osób przy tym samym stole.
Chińczycy byli dawniej wstrzemięźliwi, woląc herbatę od alkoholu. W miastach są herbaciarnie. O ileż lepsze to od naszych piwiarni! Niedawno jednak zaczęli oni palić opium. To sok z białego maku, z którego robi się ciemne kulki. Chińczykom nie wolno go posiadać, ale Anglicy, przykro powiedzieć, sprzedają im to w sekrecie. Jest wiele palarni opium, w których można zobaczyć mężczyzn leżących na poduszkach, wciągających gorące opium i wydychających je ustami. Ci, którzy palą opium, mają zapadnięte policzki i drżące ręce, i szybko stają się starzy, głupi i chorzy. Dlaczego więc zażywają opium? Wielu mówi, że chcieliby je rzucić, ale nie potrafią.

Czytając o damach, które zimą wylegują się do późna, bo nie muszą pracować, uśmiechnęłam się do siebie. Cóż, nie tylko zimą się wylegują. Jeśli nie muszą pracować, oczywiście ;)

* 天國 Heavenly Empire :)
** o Fan Quei i czerwonowłosych diabłach opowiadałam już tutaj.

2014-05-24

sapie 撒撇

Kto sapie? Dajowie sapie. Robią, znaczy, nie sapią. Sapie to jedna z najcudowniejszych przystawek wszechczasów: lekka, smakowita, kolorowa. W dzisiejszym Yunnanie jest dostępna jak rok długi, ale tak naprawdę powinno się ją jeść wtedy, kiedy się robi naprawdę gorąco. Czyli właśnie teraz :) A co to w ogóle jest? W jednej z moich ukochanych książek o yunnańskich mniejszościach etnicznych znajduje się króciutki akapit:
Sapie to potrawa Dajów z Dehongu. Wykorzystuje się do niej zupę powstałą z gotowania świeżych jelit wołowych; po odsączeniu doprawia się ją solą, chilli, glutaminianem sodu itd. Następnie miesza z przygotowaną wcześniej mieloną wołowiną - i już jest gotowa do spożycia. Spożywa się sapie z makaronem ryżowym lub paskami "wołowych stu liści" czy wołowiny, które po prostu się w sapie macza. Smak sapie jest lekko gorzkawy; dzięki temu pomaga znieść upał i pobudza apetyt.
[云南特有民族文化知识 Indigenous Ethnic Groups in Yunnan pod red. Song Liying 宋丽英]
Hmmm... Wprawdzie kocham tę książkę, ale roi się w niej od niedokładności. Dlaczego więc ją kocham? Głównie dlatego, że skłania mnie do dalszych poszukiwań. :)
Wracając do sapie - nie tylko dehongijscy Dajowie robią te delicje. Nie tylko zupa z flaków jest ich podstawą i nie glutaminian sodu jest tradycyjną przyprawą...
Sapie spożywają Dajowie od wieków. Dajowie z Dehongu, z Xishuangbanna, z Simao, z Lincangu. Wszyscy Dajowie. Nie jest to zwykła przystawka, o nie! Krowy nie zabijało się codziennie, więc było to danie odświętne - przyrządzane na przykład z okazji obchodów nowego roku, ślubu czy wizyty ważnych gości. Faktycznie, najbardziej znane i najbardziej tradycyjne były sapie wołowe - 牛撒撇 - w których zupa z jelit plus nie do końca strawiona treść dwóch ostatnich żołądków służyły jako główny dosmaczacz. Oczywiście, można go było zastąpić, bo - sapie są nie tylko wołowe. To znaczy: mięso i żołądek wołowy oczywiście się w nim znajdują, ale sos można zrobić na przykład na bazie liści eleuterokoku czy soku z limonki. Bo widzicie, tajemnicze "sa" to jest słowo dajskie, znaczy mniej więcej "na zimno" względnie "sałatka". Są więc sapie limonkowe, wołowe, warzywne itd. Nie chodzi bowiem o potrawę wołową, tylko o potrawę sałatkową, z różnym składem. Tradycyjne i najczęściej spotykane składniki sałatki to drobiazgi wołowe - mięso w plasterkach, trochę wątroby wołowej, żołądki itd. - a następnie kluski ryżowe. Oprócz tego jednak możemy dodać wszystko - ogórki, dzikie bambusy, ponikło słodkie itp. Sos zaś doprawia się milionem ziół - kolendrą zwykłą i meksykańską, czosnkiem bulwiastym, oliwnikiem wąskolistnym a nawet koperkiem, plus oczywiście ugotowaną/usmażoną wcześniej mieloną wołowiną. Całość podaje się na zimno - bo przecież w "sa" o to właśnie chodzi. Internety pełne są opisów sapie na ciepło, gotowanych bądź smażonych - jednak to jest sinizacja potrawy, z tradycyjną kuchnią i z tradycyjną nazwą mająca niewiele wspólnego. Wieść gminna niesie, że ta zimna przekąska często zabierana była przez dajskie dzieci w charakterze drugiego śniadania; po wymieszaniu wszystkich składników zawijało się je w liście bananowca i można już było pozwolić dziecku na zniknięcie na cały dzień z domu :)
Od jakiegoś czasu można sapie w postaci wstrząśniętej niezmieszanej zanabyć na naszym ukochanym targu - dziesięć złotych za porcję dla czteroosobowej rodziny... albo dla bardzo głodnego ZB, zależy ;)
Na zdjęciu powyżej: po lewej sapie limonkowe z wołowiną i ziołami, po prawej składniki sałatki - wołowa wątroba w plasterkach i wołowe żołądki w paseczkach, białe, więc nieodróżnialne od klusek ryżowych...

2014-05-23

trzy wielkie rzeczy 三大件

Kiedy pierwszy raz poszłam do teściów, rzuciłam okiem na mieszkanie. Konkretnie - na stan posiadania. Doszłam do wniosku, że byli to swego czasu ludzie zamożni, choć obecnie ich mieszkanko na pewno nie byłoby powodem niczyjej zazdrości. Ciekawe, jak wiele rzut oka na stan posiadania może powiedzieć o człowieku. I to zarówno o mieszkańcu, jak i o obserwatorze...
Materializm rzecz brzydka, ale z drugiej strony - byt poniekąd określa świadomość, prawda? Na całym świecie ostatnich parędziesiąt lat to obrastanie w dobra i nieustanna konsumpcja. Zobaczmy, jak to wyglądało w Chinach.
O "trzech wielkich rzeczach" zaczęło się mówić w latach '70 XX wieku. W latach '50 ludziom do szczęścia ponoć wystarczała czerwona flaga przed domem, a jeszcze w latach '60 cieszono się przecież z rzeczy najprostszych, jak wok czy inny młotek. W latach '70 tkwiły zaś ludziom w głowach trzy dobra, na które mało kogo było stać: zegarek, rower i maszyna do szycia względnie radio. Moim zdaniem maszyna do szycia jest ważniejsza niż radio, no ale niech już będzie. Bardziej mi pasuje nazwa 三轉一響 "trzy obroty i jeden dźwięk" - czyli właśnie zegarek, maszyna do szycia, rower plus radio :) W owych czasach rower był dla wybranych. Teściowa na przykład w połowie lat '60 oszczędzała równy rok, by rower nabyć - a była inżynierem!
To nie była tylko kwestia wysokiej ceny, ale również niedoborów. Pamiętacie, jak za PRLu w sklepach były puste półki, a papier toaletowy był dobrem luksusowym? W Chinach było dużo, dużo gorzej. I tu, i tu niemal wszystko było na kartki - ale u nas miesięcznie od osoby mięsa było parę kilo, a tutaj - na początku pół kilograma miesięcznie, a potem zaledwie 20 deko... Tak więc nabycie i roweru, i maszyny do szycia, i jeszcze zegarka - to był nie lada wyczyn. Były to wymarzone prezenty ślubne. Jak już który się w zegarek zaopatrzył, ostentacyjnie podwijał lewy rękaw koszuli i w towarzystwie się na głos zastanawiał, któraż to może być godzina. Maszynie do szycia szyto "ubranie" - ozdobną kapę, pod którą się ją chowało, żeby ani drobinka kurzu się nie dostała do środka i - nie daj buddo! - nie spowodowała usterki. Nawet rowerowi się nie upiekło - na siodełko robiono pokrowce, szprychy ozdabiano kolorową włóczką, no cud miód i orzeszki.
Z czasem społeczeństwo się bogaciło, a wyrazem tego była między innymi zmiana - w latach '80 to już nie maszyna czy rower były wyśnionym luksusem. Ówczesne trzy wielkie rzeczy to czarno-biały telewizor, lodówka i pralka - co pokazuje, że Chiny właśnie gładko wkroczyły w fazę powszechnej elektryfikacji. I choć rower pozostał głównym środkiem transportu, a maszyna do szycia nadal była ważnym elementem gospodarstwa domowego, taki na przykład zegarek mechaniczny został wyparty przez modele elektroniczne, a w ogóle to stracił na wartości, bo zyskał na dostępności. Wraz w telewizorem przywędrowały do Chin seriale z Tajwanu czy Hongkongu - okno na świat w przaśnej rzeczywistości tamtych Chin. Jak kto miał telewizor i przy okazji dobry charakter, stawiał go na środku salonu i otwierał na oścież drzwi wejściowe - a sąsiedzi nie wchodzili wprawdzie do salonu, ale zza progu skwapliwie śledzili fabułę. Po napisach końcowych rozchodzili się do domów, żegnani zaproszeniem na kolejny odcinek. Z czasem oczywiście czarno-biały telewizor już nie był trendy i trzeba było zainwestować w kolorowy.
Lata '90 to już epoka elektroniki. Trzy ważne rzeczy, pokazujące status domostwa, to już klimatyzacja, kamera wideo i komputer. Wszyscy pamiętamy te komputery, prawda? :) Klima występowała w jednym domostwie na tysiąc - no i poza tym w miastach takich jak na przykład mój ukochany Kunming nigdy nie stała się popularna. Ale kamera wideo i komputer - och, tym można było zaszpanować. Co z tego, że komputer był wolniutki jak ślimaczek i że trzeba było znać co najmniej BASIC, żeby się z nim w ogóle dogadać?
Wejście w XXI wiek było przeskokiem jeszcze większym. Już nie drobiazg, który mogę nosić w kieszeni, ani nawet tak nowoczesna sprawa jak komputer stały się wyznacznikiem bogactwa i pożądanym prezentem ślubnym. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda? Tak więc dzisiaj, moi drodzy, trzy wielkie rzeczy mają być naprawdę wielkie: samochód, mieszkanie i gruba forsa...
Moi teściowie przestali się bogacić, gdy doszli do standardu lat '80-'90 - mają kamerę, wspaniały telewizor, pralkę i lodówkę. Jeśli prosty czytnik USB z ekranem awansować na komputer - to i komputer mają. Mój mąż ma samochód, mieszkanie i forsę. A ja... cóż. Mam rower, zegarek i komputer, tworząc śmieszną hybrydę, biedną i niepasującą do żadnych czasów. Całe szczęście ani teściom, ani ZB to wcale nie przeszkadza :)

2014-05-20

złocień - odsłona druga

Pamiętacie wpis o złocieniu? Dziś też o nim, ale językowo, nie kulinarnie.
Złocień ma wiele chińskich nazw - na przykład cesarskie warzywo 皇帝菜. W internetach jednak znaleźć go można przede wszystkim po haśle tonghao 茼蒿, które jest nazwą słownikową. Kiedy jednak gadałam o złocieniu ze znajomą Tajwanką, ona zaśmiała się w kułak i powiedziała, że musiała się zastanowić, o czym ja w ogóle do niej rozmawiam, bo ona zna złocień pod inną nazwą - tłumacząc swobodnie, na Tajwanie zwie się złocień „warzywem do bicia” 打某菜. Widzicie, łodygi złocienia są puste w środku, a w dodatku składają się głównie z wody. Dlatego podczas gotowania czy smażenia jeśli wrzucić do gara kilka solidnych garści, po obróbce cieplnej zostanie z tego mały talerzyk. Był na Tajwanie facet, który tego prostego procesu nie rozumiał i sądził, że żona przed nim ukrywa jedzenie, albo, co gorsza, sama się obżera za jego plecami. Dlatego też przy każdym obiadowym złocieniu tłukł żonę do nieprzytomności – i tak powstała tajwańska nazwa rośliny...
Tajwanka powiedziała, że tę historię pamięta jeszcze z dzieciństwa, babcia opowiadała :D

2014-05-19

洋媳婦 Zachodnia żona

Sama taką jestem, ale już tego właściwie nie zauważam. Mój lepszy połówek jest tak mało chiński, a tak bardzo mój, że zdarza mi się zapomnieć, iż pochodzimy z różnych krajów. Jednak gdy Kayka zaprowadziła mnie na blog innej zachodniej żony, zamążposzłej na zhejiańską wieś, zaczytałam się. I tak czytam od dwóch dni i odkrywam na własny użytek podobieństwa i różnice :)
Bawcie się dobrze :)

2014-05-18

Nie ma drugiego takiego kraju X

Dzisiaj króciusieńki kawałek TFUrczości Pani Pastorowej. Krótki acz przerażający, przynajmniej w założeniu.

KARY

Chińczycy są bardzo cisi i spokojni; nic dziwnego, skoro się boją wielkiej bambusowej lagi.
Mandaryni (albo władcy miast) często skazują przestępców na położenie się na ziemi i zainkasowanie trzydziestu razów bambusem. Ale drewniany kołnierz* jest gorszy niż bambusowa laga. To wielki kawał drewna z dziurą, przez którą wkłada się głowę. Mężczyźni w drewnianych kołnierzach są wyciągani z więzień każdego ranka i mocowani łańcuchami do murów, gdzie może ich zobaczyć każdy przechodzień. Nie mogą się pożywić, ponieważ nie są w stanie podnieść rąk do ust; czasem jednak można ujrzeć jak syn karmi ojca przykutego do muru. Istnieją ludzie, których zawodem jest karmienie więźniów. Za większe przestępstwa grozi uduszenie albo dekapitacja.

Akurat ten akapit bardzo mnie rozczarował. Sądziłam, że pani Mortimer opowie dzieciom chociażby o karze tysiąca cięć albo o innych, równie wymyślnych, chińskich torturach...
* taka chińska wersja gąsiora?

2014-05-17

złocień wieńcowy 茼蒿

Lubicie kwiaty? Ja - bardzo. Najbardziej w doniczkach. A zaraz potem na talerzu. Tak, Agatko kochana, kiedy przeprowadzałaś się na Złocień, nie sądziłaś pewnie, że może mieć to osiedle coś wspólnego z kulinariami, prawda? Szczerze powiedziawszy, ja też nie sądziłam. Dopiero niedawno bowiem dowiedziałam się, że te dziwne chwasty, które można tu dostać na każdym targu, to nie dzika kapusta, tylko właśnie złocienie. Dowiedziałam się zaś w sposób przemiły - czyli w restauracji. Zostały mi mianowicie podane w sałatce... i zachwyciły mnie od pierwszego kąska.
Wróciwszy do domu, poczytałam. Dowiedziałam się, że złocień wspomaga odchudzanie, opóźnia starzenie (ach, te oksydanty!), ma w cholerę witaminy C i błonnika, a i nadaje się do uzupełnienia flory bakteryjnej w żołądku i jelitach (przyspiesza wzrost Lactobacillus casei).
Można je spożywać na milion sposobów - w gorącym kociołku, w gulaszu, można smażyć w omlecie (jak na Tajwanie) albo dodawać dla niepowtarzalnego aromatu zamiast ziół do smażenia. Trzeba pamiętać tylko, że trzeba je gotować/smażyć krótko, bo przegotowane zaczynają być gorzkie. Ja uwielbiam lekką zupę ze złocieni, ale dziś przedstawię Wam sałatkę. Przecież na surowo na pewno są najzdrowsze... Jedzą tak Tajowie, a w związku z tym i chińska mniejszość Dai, a także... Kreteńczycy. Ale Chińczycy też kiedyś musieli złocień jadać – inaczej nie nazwaliby go „cesarskim warzywem” 皇帝菜. Początkowo uprawiany w basenie Morza Śródziemnego dla wizualnego li tylko efektu, gdy za czasów dynastii Song pojawił się w Chinach, zmienił przeznaczenie na kulinarne – i medyczne. Bo, moi drodzy, złocień jest nie tylko pyszny, ale też: obniża wchłanianie cukrów w przewodzie pokarmowym, prawie nie ma kalorii i równie mało tłuszczu, a także niszczy bakterie, wirusy i grzyby. Ja na przykład zażywam złocień w sałatce przy każdych początkach anginy – i sobie złocień z tą anginą doskonale radzi...
Składniki:
*pęk złocieni – przydadzą się tylko młode pędy, świeże, chrupkie, niesflaczałe. Resztę można ususzyć albo ugotować.
*pokrojona w piórka cebula
*ściamkany czosnek
*świeże chilli, drobno posiekane
*sok z połowy limonki
*świeża kolendra, zwykła i meksykańska, niedbale posiekana
Wykonanie:
1)Złocienie podzielić bez użycia noża na kawałki, które będzie nam wygodnie wziąć pałeczkami/widelcem.
2)Czosnek wymieszać z chilli, limonką i kolendrą i wlać do złocienia. Dobrze wymieszać.
3)Złocień jest lekko pikantny w smaku, więc nie należy przesadzać z przyprawami :)

2014-05-16

klasyfikacja wody do herbaty

Jest takie chińskie porzekadło herbaciane: jest wiele typów herbat i dużo rodzajów wody, ale tylko z dobrą wodą herbata zyska wspaniały smak. Już mingowski herbaciarz Xu Cishu stwierdził, że skoro duch herbaty i jej aromat rodzą się przy pomocy wody, bez wody nie da się omawiać herbaty (無水不可與論茶也). W sumie to bardzo sensowne, prawda? Mając najlepsze liście herbaciane świata, na pustyni umrzemy z pragnienia; za to nawet dość poślednia herbata zaparzona we wspaniałej wodzie, bardzo na tym zyska. Woda to nośnik smaku, zapachu, koloru, czyli trzech najważniejszych cech herbaty. Uczta dla oczu, nozdrzy i ust. Wystarczy więc, że woda będzie niedobra, a te trzy zalety herbaty nie będą możliwe do wykrycia: herbata będzie mętna, a nie przejrzysta, będzie pachnieć chlorem zamiast herbatą i będzie smakować jak pośledni trunek, a nie jak najwspanialszy napar świata. Która jednak woda najlepiej pokaże nam smak herbaty? Poniżej dwie klasyfikacje, jedna współczesna, jedna tradycyjna. Zobaczmy, na co zwracać uwagę.
1) Woda źródlana - dzięki minerałom zdrowsza od każdej innej, a i kolor naparu będzie cudny. Jest tylko jeden typ wody "mineralnej", która się nie nadaje do parzenia - woda obfitująca w siarkę...
2) Woda z rzek i jezior, czyli tzw. woda powierzchniowa, jest mniej czysta niż źródlana, bo w takiej wodzie żyje za dużo stworzeń ;) Najwyższa będzie jakość wody, przy której nie mieszkają ludzie - już Biblia Herbaty o tym wspomina. Najważniejsze jednak, by z wodą rzeczną właściwie postąpić. Pisze o tym Xu Cishu, o którym na pewno jeszcze wspomnę, autor Zapisków Herbacianych 茶疏: Woda z Rzeki Żółtej pochodzi z nieba. Zabrudzona na żółto ziemią, po oczyszczeniu ukazuje swój aromat i smak. Czyli zadbawszy o czystość wody rzecznej czy też z jeziora, nadal możemy się cieszyć jej aromatem.
3) Woda studzienna - dzięki temu, że mało w niej kurzu i brudu, jest przejrzysta. Jednak studnie, zwłaszcza te w miastach, często bazują na wodzie tuż spod powierzchni, a obecność ludzi łatwo wpływa na jakość gleby wokół nich, tak samo jak na jakość wody w samej studni. Jednak jeśli woda z naszej studni jest przejrzysta i słodka, zaparzymy nią herbatę nie gorszą, niż przy pomocy wody źródlanej.
4) Kranówa - zazwyczaj chlorowana i zanieczyszczona przez wszystko, co mieszka w rurach. To właśnie te brudy i połowa tablicy Mendelejewa powodują, że herbata jest mętna czy że tworzy się na niej "kożuszek", a smak naparu bywa gorzki. Dlatego jeśli chcemy parzyć herbatę w kranówie, najlepiej najpierw ją odfiltrować i pozwolić jej odstać swoje, a dopiero potem parzyć.
5) H2O - woda pozbawiona zanieczyszczeń i własnego smaku. Niektórzy uważają, że to właśnie ona jest idealna do parzenia herbaty, ponieważ nie wpływa w żaden sposób na oryginalny smak, zapach i kolor naparu.

Jest i inna klasyfikacja wody do herbaty, która ocenia tę wodę przez pryzmat czterech jej cech: życia, słodyczy, czystości i lekkości (活、甘、清、轻).
1) woda powinna być żywa, nie stojąca, nie stara. Mało tego - podgrzewana winna być równie żywym ogniem. Oczywiście, różne typy "życia" inaczej oceniano - woda z rwącego wodospadu była najżywsza a z leniwego strumienia - najmniej cenna. Z drugiej strony, mawiało się też, że "nie pytamy wody, strumień czy studnia". Herbatę parzymy przecież tym, co mamy pod ręką...
2) woda powinna być słodka. Słodka i pachnąca, żeby przyjemność spożywania herbaty była jednaka dla smakoszy i węchowców.
3) woda powinna być przejrzysta. Obojętnie, czy wybierzemy źródlaną, czy studzienną, najlepsza będzie ta, dzięki której ujrzymy rzeczywisty kolor naparu. Czyli po prostu czysta.
4) woda powinna być lekka. Ponoć sam cesarz Qianlong, wielki miłośnik herbaty, jeździł po kraju z wagą i oceniał jakość źródeł po ciężarze wody.

Na koniec najłatwiejsze do zapamiętania i w sumie wystarczające do oceny wody, jeśli się wie, na co zwracać uwagę, hasło Lu Yu, największego mistrza herbaty: 山水上,江水中,井水下 - woda z gór wysoko, woda z rzek pośrodku, woda ze studni nisko. Czyli dokładnie to, o czym mowa była wcześniej - bo o przewadze wody żywej i czystej nad stojącą i zanieczyszczoną już żeśmy sobie wszystko powiedzieli.

Na koniec ciekawostka. Szukając informacji o wodzie herbacianej, trafiłam na forum herbaciane kunmińczyków, którzy opisywali, która woda w pobliżu Kunmingu najlepiej się do parzenia herbaty nadaje. Najlepsze więc są źródła niedaleko Świątyni Bambusowej, następnie te w Górach Zachodnich, źródło przy świątyni Powódź Klejnotów 宝洪寺 w miasteczku Yiliang, i w końcu rzeka Chengjiang z dopływami. Na forum radzi się, by amatorzy herbaty przyjeżdżali z własnymi czajniczkami i czarkami. Za pośrednictwem forum umawiają się z przyjaciółmi na "dyskusje o herbacie" przy górskich źródłach...

2014-05-15

Kwiatowe ciasteczka 鮮花餅

Chińskie słodycze są, z europejskiego punktu widzenia, w większości beznadziejne. Ohydne. Niejadalne. A przynajmniej - za mało słodkie. Oczywiście istnieją chlubne wyjątki - tajwańskie ciasteczka ananasowe i inne tego typu cudeńka. Ale ogólnie - słodycze to mi jednak przyjaciele z Polski przysyłają. Bo ileż można się żywić kwiatowymi ciasteczkami?
Tradycyjnie najchętniej się je jadło w kwietniu-maju, kiedy na rynek wchodziły świeże kwiaty. Choć dzisiaj można je dostać jak rok długi, stare marki hołdują tradycji i używają tylko świeżych, wyrosłych wokół Kunmingu, kwiatów. Dlatego też po dziś dzień w kwietniu i maju przed drzwiami do tych starych firm rosną niekończące się kolejki.
Tradycyjnie ciasteczka te były nadziewane tylko płatkami róży; dziś w sprzedaży są jaśminowe, chryzantemowe i wszelkie inne, ale przyznać trzeba, że te różane są chyba najlepsze. Na początku myślałam, że kunmińczycy nauczyli się je robić od Francuzów, którzy tu obficie rezydowali sto lat temu; ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu odkryłam, że historia kwiatowych ciasteczek w Kunmingu sięga ponad 300 lat wstecz! Ponoć sam Qianlong był ich wielkim amatorem...
Dziś kwiatowe ciasteczka są jednym z ukochanych kunmińskich przysmaków, z dumą prezentowanym obcym i sprzedawanym w setkach miejsc w całym mieście.
Ja mam je na co dzień, więc niespieszno mi do wyrobu, ale dla Was wyszperałam przepis:

Składniki:
*płatki róży
*miód
*cukier
*mąka: pół kilo plus pół kilo plus ewentualnie odrobina do farszu
*smalec: 25 dag plus 10 dag
*rozbełtane jajko do smarowania

Wykonanie:
1) farsz to cukier, miód i płatki róży, wymieszane z ugotowaną na parze mąką. Mąkę można sobie podarować - służy ona przecież tylko do zagęszczenia farszu.
2) oddzielnie przygotowujemy dwa rodzaje ciasta. Pierwsze składa się z pół kilograma mąki i 250 gramów smalcu - to tak zwana "krucha skórka", a drugie z pozostałego pół kilograma mąki i 100 gramów smalcu, a także dodatku wody - to tak zwana "oleista skórka". Ilość wody zależy od konsystencji - nie powinna się ona różnić bardzo od pierwszej, kruchej skórki. Oba ciasta trzeba solidnie wyrobić i rozwałkować.
3) Zasada jest taka, że "kruchą skórkę" trzeba zawsze kłaść na "oleistej", wielokrotnie poskładać i znów rozwałkować - takie niby francuskie ciasto.
4) Ciasteczka można robić rozdzielając farsz i lepiąc je jak pierogi, albo po prostu jedną płachtę ciasta z kupkami farszu nakryć drugą i wyciąć ciasteczka - jak kto woli.
5) gotowe ciasteczka posmarować jajkiem.
6) Piec ok. pół godziny w 150 stopniach.

2014-05-13

korty badmintonowe 羽毛球場

Ważną, choć niewielką, kwotą naszego comiesięcznego budżetu jest opłata za kort badmintonowy. Ponieważ w badmintona gramy trzy razy w tygodniu, zamiast na wariata przychodzić i szukać wolnego kortu, rezerwujemy wraz z przyjaciółmi kilka kortów z góry. Doskonałe wyjście, jeśli chce się mieć pewność, że będzie wolne miejsce. Właściwie wszyscy nas już tam znają, przyzwyczaili się też do tego, że pojawia się jedna biała twarz. Jest git.
Było.
Od jakiegoś miesiąca na korty badmintonowe przychodzi grupa obcokrajowców. Zajmują trzy czy cztery korty. Za każdym jednak razem na pytanie, czy uiścili opłatę za wynajem kortu, głupio się uśmiechają i pytają "a, to trzeba zapłacić?". Po czym grają dalej. Nikt ich nie wyrzuca, bo niestety Chińczycy są zbyt dobrze wychowani, żeby powiedzieć tym burakom, żeby, przepraszam za sformułowanie, spierdalali w podskokach, jeśli nie chcą zapłacić. Ileś już razy została im zwrócona uwaga, że korty są płatne; nie działa. Co, policję wołać? Ja na ich miejscu bym się spaliła ze wstydu.
Cóż. Oni nie płacą, a antypatie skupiają się na mnie. Bo przecież wszyscy obcokrajowcy są tacy sami - wykorzystują fakt, że są w Chinach traktowani poniekąd ulgowo. Bo przecież to na pewno moi znajomi. Bo przecież na pewno ja ich przyprowadziłam.
Ech...
Na pocieszenie strzeliliśmy sobie z ZB kilka fotek na korcie:

2014-05-12

uśmiech 微笑

Dla wszystkich, którzy wiedzą, że mam do robótek ręcznych dwie lewe ręce, ta informacja może wydać się szokiem: już nie czekam ze wszystkimi dziurami i przetarciami na wizytę Madziary. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje niezgrabne łapska. Efekt? Pocerowane skarpetki, ponaprawiane sweterki i podkoszulki, ba, nawet dziurawa w trzech miejscach poszewka zaczęła się do nas uśmiechać:
Może i nie jest to haft richelieu czy inne paskudztwo, ale i tak jestem z siebie dumna - ponad dwadzieścia lat od czasu, gdy ostatni raz powiedziałam Babci, żeby mnie nie uczyła, bo to nudne, trudne, a w ogóle to można przecież kupić nowe i po co się męczyć - zaczynam się zakochiwać w kolejnej rzeczy, którą można robić w domu. Kurodomowość rulezzzzzzz!

2014-05-11

wierszyk o misienach

米线摊上最热闹,
Przy stoisku z misienami jest najbardziej gwarno
辣子酸醋加花椒。
Chilli, ocet i pieprz syczuański
一堆阿妹吃米线,
Grupa dziewcząt je misieny
嘴巴辣得吹哨哨
Parzą usta - więc dmuchają.

Oczywiście, w oryginale się rymuje, ale ja jestem rymotwórczo nieutalentowana. Ważne jest, czym się misieny przyprawia - i że mają być tak pikantne, że aż parzą usta. To właśnie dlatego część białasów po przyjeździe do Kunmingu narzeka, że nie ma jedzenia. Dla niewyparzonych białych gąb kuchnia yunnańska to chilli na chilli i chilli pogania - do znudzenia.
Oczywiście, jeśli ma się oczy i mózg, szybko się znajdzie inne pyszne tutejsze żarcia, adekwatne do zachodnich podniebień :)

Nie ma drugiego takiego kraju IX

Dzisiaj Pani Pastorowa pouczy nas o chińskim języku - a raczej tylko o piśmie. I jeszcze o tym, jak wygląda chińska szkoła. Ciekawe, że akurat metody nauczania faktycznie się w Chinach przez ponad sto pięćdziesiąt lat prawie nie zmieniły...

JĘZYK

Nie ma drugiego takiego języka jak chiński. Zamiast liter służących do zapisu wyrazów, mają oni rysunek na każde słowo. Nazywam to rysunkiem, ale jest bardziej wizerunkiem/figurą niż rysunkiem. Chińczycy używają do pisania pędzli zamiast piór; pocierają kawałki tuszu o małe marmurowe talerzyki, maczając je najpierw w odrobinie wody, jak my maczamy kawałki farby. W marmurowym talerzyku jest zagłębienie, by zatrzymać wodę. Jak myślicie, co dla Chińczyków jest „czterema skarbami”? Tusz, pędzel, talerzyk marmurowy i woda*. Nazywają je skarbami, ponieważ tak kochają pisać. Nauczyciele są w Chinach bardzo poważani, jak zresztą powinno być wszędzie. Jednak szkoły w Chinach są podobne tym w Turcji, bardziej się nadają dla papug niż dla dzieci; tyle, że chińscy chłopcy siedzą na krzesłach ze stolikami przed sobą, zamiast siedzieć po turecku na podłodze, jak w Turcji. Najpierw uczą się malować słowa, a potem powtarzać lekcje z pamięci. A czynią to krzycząc głośno; w trakcie zdawania lekcji nauczycielowi są doń odwróceni plecami.
Pierwsza książka, którą dzieci czytają jest pełna opowiadań, z obrazkami na każdej stronie. Chcielibyście posłuchać jednej z tych historii?
„Był sobie ośmioletni chłopiec o imieniu Um-wen. Rodzice jego byli tak biedni, że nie stać ich było na moskitierę, która by ich ochroniła przed muchami w lecie. Chłopiec nie mógł znieść myśli, że jego rodzice będą pogryzieni przez muchy. Dlatego stał koło ich łóżka i, odsłonił swój drobny tułów, by muchy pogryzły jego zamiast rodziców. Ponieważ – powiedział – jeśli najedzą się moją krwią, zostawią moich rodziców w spokoju”.
Czy zachowanie chłopczyka było dobre? Z pewnością nie; przecież dobrzy rodzice byliby zasmuceni, że ich mali chłopcy zostali pogryzieni. Biedni mali Chińczycy! Nie wiedzieli o Nim, ukąszonym przez starego węża, byśmy nie zostali pożarci ani zniszczeni**.

Najciekawsze jest, że chociaż imię chłopca Pani Pastorowa przekręciła, sama historia jest dobrze znana, pochodzi bowiem ze zbioru wierszyków dydaktycznych dla dzieci „24 cnoty synowskie” 二十四孝 z czasów dynastii Yuan, które faktycznie były jedną z podstaw wychowania dzieci :)

Wu Meng, mieszkaniec Puyangu z czasów dynastii Jin, już w wieku ośmiu lat wiedział, jak należy szanować rodziców. Dom był biedny, nie stać ich było na zakup moskitiery, więc komary kłuły ojca, nie pozwalając mu spokojnie spać. Każdej letniej nocy siadał więc Wu Meng nagi przed ojcowską alkową, pozwalając komarom napić się do syta, a nie odganiając ich wcale – bał się bowiem, że jeśli odgoni komary od siebie, pogryzą one ojca.

Poniżej kreskówka dla dzieci, opowiadająca tę historię:


* tak naprawdę cztery skarby gabinetu 文房四寶 to tusz, pędzel, kamień do rozcierania tuszu (czyli „marmurowy talerzyk” ^.^) i... papier, bo przecież na czymś trzeba pisać :P.
** nie znam opowieści biblijnej o ukąszeniu Jezusa, ktoś coś wie?

2014-05-10

sosy do sajgonek

Przepisów będzie więcej, niż sądziłam, chociaż zdjęcia tylko do moich dwóch ulubionych.

I. Lekki sos wietnamski nước mắm pha
Składniki:
*łyżka cukru
*dwie łyżki wody
*łyżka sosu rybnego
*łyżeczka octu ryżowego
*trochę soku z limonki/cytryny
*czosnek zgodnie z upodobaniem
*chilli zgodnie z upodobaniem
To wystarczy, ale można dla wzbogacenia smaku dodać trochę świeżego imbiru.
Wykonanie:
1) Rozpuścić cukier w letniej wodzie.
2) dodać resztę składników i wymieszać.

II. Wariacja na temat sosu hoisin
Składniki:
*łyżka sosu hoisin
*łyżka masła orzechowego/pasty sezamowej
*ewentualnie prażony sezam, orzechy itp.
Wykonanie:
1) Wymieszać i podać.

III. Dip z sosem sojowym*
Składniki:
*łyżka sosu sojowego jasnego
*łyżeczka alkoholu
*odrobina sosu chilli
*kapka oleju sezamowego
Wykonanie:
1) wymieszać i podać.

IV. Pikantny sos dipowy**
Składniki:
*kilka świeżych chilli, drobno pokrojonych
*łyżka cukru
*kilka łyżek sosu rybnego
*kilka łyżek soku z limonki
*odrobina wody
Wykonanie:
1) Wymieszać i podać.

V. Sos słodko-kwaśny***
Składniki:
*2 łyżki cukru
*3 łyżki octu ryżowego
*3 łyżki keczupu
*pół szklanki wody
*szczypta soli
*szczypta pieprzu
*zagęstnik: łyżeczka mąki kukurydzianej zmieszanej z 2 łyżeczkami wody
Wykonanie:
1) cukier, ocet, keczup, sól, pieprz i wodę zagotować.
2) zagęścić mączną papką i ostudzić.

Oczywiście, wszystkie te sosy nadają się do całej masy innych dań - do gorącego kociołka, do pierogów chińskich, do ugrillowanych pyszności. Wszystkie kocham i ze wszystkich często korzystam :)


*na bazie przepisu z książki kucharskiej "Kuchnia chińska" z serii Podróże kulinarne.
**na bazie przepisu z książki kucharskiej "Łatwa kuchnia tajska" Kena Hom.
***na bazie przepisu z książki kucharskiej "Łatwa kuchnia chińska" Kena Hom.

2014-05-09

冥幣 piekielna forsa

Kiedy, jako dziecko podstawówkowe, uległam szaleństwu zbierania "karteczek", nie wiedziałam jeszcze, że przynajmniej ich część pochodziła z Chin. Nie wiedziałam też, do czego służą. Pewnie Chińczycy też nie wiedzieli, że akurat ten typ "karteczek" służy do zabawy... O jakie karteczki chodzi? O takie z notesików, których cechą szczególną było to, że karteczki były z jednej strony puste, a z drugiej mogły mieć wszystko. Zbierało się serie postaci z Disneya, serie tematyczne o samochodach, zwierzętach, o czymkolwiek. Istniały nawet specjalne klasery do przechowywania pojedynczych karteczek. Wymieniało się nimi na przerwach, starając powiększać zbiory przy każdym kieszonkowym. Pojawiły się i dolary o niespotykanych nominałach i jeszcze jakieś dziwne pieniądze, wyglądające trochę jak forsa do Eurobiznesu czy innej gry planszowej.
Mania minęła, karteczki zostały wykorzystane jako fiszki, życie poszło dalej i dopiero jako osoba dorosła zetknęłam się znów z "pieniędzmi" zadrukowanymi tylko z jednej strony. Czytelnicy już się na pewno domyślili, o jakie pieniądze chodzi - o papierowe pieniądze, które się pali, by z dymem zostały uniesione do zmarłych i mogły im posłużyć w następnym świecie.
Jest wiele rodzajów mingbi 冥幣 czyli "piekielnej waluty". Poza niedbale skserowanymi dolarami, euro czy nawet yuanami, istnieją prawdziwe dzieła sztuki. Z nastaniem nowych czasów pojawiły się też papierowe karty Visa i Mastercard :D Wystawiane są w "banku niebiańskim" albo w "banku piekielnym". Szefem banku zazwyczaj jest Nefrytowy Cesarz - jego podobiznę widać na awersie banknotów; obok niego jego prawa ręka, Jama - władca piekła. Rewersem może być coś buddyjskiego, żeby zmarły był wszechstronnie chroniony, bez względu na to, czy po śmierci trafi w szpony bóstw buddyjskich, czy taoistycznych. Pieniądze te pali się dla przodków, ale można oczywiście palić i papierowe sztabki złota, ubrania, wille, wizerunki modelek, które chętnie by się dostało jako konkubiny itp. Chodzi o to, żeby dusze bliskich nie cierpiały po śmierci głodu i biedy. Ba, pieniędzmi spalonymi w ofierze może dusza przekupić Jamę i w ten sposób uniknąć przynajmniej części kar i mąk piekielnych. Pieniądze ofiarne nie są wynalazkiem nowym - ponoć pojawiły się już za czasów Wschodniej Dynastii Han (25-220r.n.e.). W zależności od regionu i okresu pieniądze takie nosiły różne nazwy i różnie wyglądały, ale funkcja cały czas pozostawała ta sama: pomoc dla tych, którzy już odeszli z tego świata.
Zgodnie z wierzeniami ludowymi, dusza po śmierci zmierza ku Żółtym Źródłom. Gdy dojdzie do mostu, u Babci Meng musi napić się Wody Zapomnienia - dopiero wówczas może dojść do "Ciemnego Hrabstwa". Po drodze trzeba przejść przez wiele bram piekielnych - a żeby je przejść, trzeba zapłacić. Są przecież diabły małe i duże, dusze powieszonych i zabitych za wiarę - a wszystkie duchy czepiają się "gości", i, tłocząc się wokół nich, próbują obmacać im kieszenie... Tak więc muszą mieć pieniądze, żeby sobie oczyścić drogę.
Jest jeszcze legenda o Cai Lunie, wynalazcy papieru. Wynalazł on papier już za czasów Wschodniej Dynastii Han. Młodszy brat też się chciał nauczyć, ale jakoś mu to nie szło - papier wychodził żółtawy i chropowaty, nikt nie chciał takiego kupować. Jego żona okazała się spryciarą. Gdy zobaczyła, że sąsiedzi ofiarowują zmarłym gliniane i brązowe drobne monety (pierwsze to 陶錢, drugie zwą się 五銖錢), pomyślała, że nieudany mężowski papier też by się na ofiarę świetnie nadał. Reklama dźwignią handlu - pewnie wspomniała, że papier można spalić i z dymem łatwiej trafi do dusz zmarłych...
Druga wersja legendy jest moim zdaniem zdecydowanie bardziej interesująca. Mówi ona, że uczeń Cai Lunam You Xiucai znalazł knif, żeby sprzedawać papierowe pieniądze. Udał on otóż, że jest trzy ćwierci do śmierci, jego małżonka zaś zaczęła opowiadać, że podobno palenie papierowych pieniędzy może przywrócić zdrowie umierającemu - przekupuje się Jamę, żeby nie zabierał chorego. Sąsiedzi postukali się w czoła. A jednak parę dni później You wstał, cały i zdrowy, oczywiście dzięki pieniądzom spalonym przez żonę. No i wtedy właśnie zaczęło się szaleństwo papierowych pieniędzy. Chociaż nie, pierwsze opowieści o tym, jak to spalone przedmioty trafiają z dymem do "nieba", pojawiły się chyba dopiero za Mingów, w dawnej tradycji zmarłych po prostu grzebano ze wszystkim, czego mogli potrzebować. Choć legenda jest niejasna, wiadomo, że dopóki papier był kosmicznie drogi, bo wyrób objęty był tajemnicą państwową, palenie go dla zmarłych nie mogło być jakoś mocno popularne - więc pewnie jednak wśród ludu tradycja ta zakorzeniła się nieco później niż za Wschodniej Dynastii Han. Co ciekawe, nawet, gdy zwyczaj ten już przeniknął na dwór cesarski, zdarzali się ludzie jawnie krytykujący wiarę, że duszom zmarłych pomoże spalenie papierowych pieniędzy; sprzeciwiał się tej praktyce m.in. słynny tangowski kaligraf Yan Zhenqing czy takoż tangowski, ale poeta Zheng Ji. Ba, sam Sima Guang, jeden z najważniejszych chińskich historyków, potępiał palenie papierowych pieniędzy jako "czarownictwo". A lud, nic sobie z tego nie robiąc, palił je i pali do dziś. Często kwoty, na jakie opiewa "piekielna waluta", mogą zaskakiwać; idą w dziesiątki tysięcy, biliony nawet. Internauci żartują sobie, że z pewnością piekło ledwo daje radę inflacji.
Jakiś czas temu otrzymałam od czytelniczki zdjęcia banknotu chińskiego. Pytała, co to za banknot, z jakich czasów i czy ma jakąś wartość. Okazało się, że banknot to właśnie piekielna forsa, ale nie jakieś głupie dolary czy euro, tylko małe arcydziełko. Spójrzcie:
Zacznijmy od banku: 天堂地府銀行 czyli bank niebiańsko-piekielny. Tak żeby się zabezpieczyć na wszystkich frontach, nieważne, dokąd trafiła bliska nam osoba :) Numer seryjny banknotu to oczywiście A 9999 - dziewiątki dla długowieczności i nieskończoności, ale też na szczęście i dla cesarza. Jakiego cesarza? Nefrytowego, oczywiście! To jego podobiznę widzicie na banknocie. Ponoć teraz jest dyrektorem naszego banku - tak przynajmniej głosi podpis. Drugi podpis należy zaś do jego zastępcy, Jamy. Podobno to on sądzi dusze i ocenia, które mogą iść do nieba, a które muszą zostać na jakiś czas w piekle. Na lewo od podpisu Jamy widnieje kwota: 拾萬 czyli 10000, oczywiście napisane od prawej do lewej :)
Co ciekawe, wystarczy banknot odwrócić, by wartość się zmieniła - jak byk widnieje tu przecież 100000. W dodatku bóstwa taoistyczne zastępuje tu prosta modlitwa buddyjska: 南無阿弥陀佛 względnie नमोऽमिताभा czyli Namo Amitābhā - powtarzanie tych sześciu prostych słów wystarczy ponoć, by osiągnąć nirwanę. Czyli Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek - na awersie bóstwa taoistyczne, na rewersie modlitwa buddyjska. Tak na wszelki wypadek. I gdyby dziesięć tysięcy to było za mało, na drugiej stronie jest sto...
Jeśli przyjedziecie do Chin, pamiętajcie, żeby nie kupować takich pieniędzy nikomu w prezencie - przecież to podarunek dla zmarłych. No chyba, że kogoś bardzo nie lubicie ;)

2014-05-07

賭石 kamienny hazard

Przed Państwem sklep z kamieniami:
Czy są to zwykłe kamienie? Na oko tak, ale gdyby to miały być zwykłe kamienie, to można by je pozbierać w parku, a nie kupować w sklepie z fiu, fiu, jakimi cenami. Wiadomo więc, że są cenne. Ale jak bardzo cenne? Cóż, nie wiadomo. To znaczy: wiadomo, po jakich cenach sprzedaje je sklep. Nie wiadomo jednak, czy są warte swej ceny.
Brzmi tajemniczo, prawda? A przecież jest to jeden z tysięcy chińskich sklepów, w których można się pobawić w kamienny hazard. Zabawa polega na tym, że kamienie te, mniejsze lub większe, pochodzą z regionów obfitujących w nefryty i jadeity. Problem polega na tym, że wierzch nefrytu/jadeitu to mocno zwietrzała kamienna skorupka, która dopiero po rozbiciu ujawnia prawdziwą wartość kamienia. Normalnie zostawia się to fachowcom, którzy zajmują się obróbką kamieni szlachetnych, po odrzuceniu bezwartościowej warstwy wierzchniej. Jednak jeśli się bawisz w kamienny hazard, najpierw kupujesz kamień, a dopiero potem okazuje się, czy żeśmy wtopili, czy właśnie zarobiliśmy na studia dla dzieci. Zamiast płacić jubilerowi za wiedzę o kamieniu i za obróbkę - sam starasz się odgadnąć, co w kamieniu się kryje. Ludzie przynoszą mocne latarki, wierząc, że jeśli jest to dobry jadeit, to będzie przezroczysty, jeśli się go odpowiednio mocno naświetli. Inni wyliczają, ile powinna ważyć skała danej objętości, a ile nefryt i na tej podstawie kupują kamień. Co najmniej od czasów dynastii Qing powstawali w ten sposób nuworysze a stare, bogate rody popadały w bankructwo. Podobno w dawnej Birmie żaden szanujący się kamienny hazardzista nie był obecny podczas rozłupywania kamienia. Modlili się wówczas wytrwale do swych bogów i palili trociczki w pobliskich świątyniach. Biorąc pod uwagę skalę ryzyka - wcale się nie dziwię. Oczywiście, czasem się zdarzają po rozłupaniu takie cuda:
Ale jest ich niewiele.
Cóż. Ja bym nie zaryzykowała. Inna rzecz, że jestem tchórzliwa i niebogata, więc niespecjalnie mam warunki na tego typu zabawy ;) Jeśli zobaczycie kiedyś sklep z kamieniami i dziesiątkami ludzi, oglądających w zapamiętaniu zwykłe, szare kamienie, nie omieszkajcie przyjrzeć się bliżej - i ludziom, i kamieniom.

2014-05-06

Sława

Dziś kolejny wpis, który powstał dla Klubu Polki na Obczyźnie. Chodzi o przedstawienie ciekawych ludzi z danego kraju, w moim wypadku - Chińczyków. Obostrzenia klubowe dotyczyły tego, żeby byli to ludzie współcześni. Przedstawię więc po jednym z danej dziedziny, a dziedzin jest dziesięć.

1) Malarstwo.

Wu Guanzhong (吴冠中), żyjący w latach 1919-2010, był uznawany za ojca współczesnego malarstwa chińskiego - a przy okazji za jednego z najwspanialszych chińskich malarzy wszechczasów. Malował łącząc techniki zachodnie (od impresjonizmu poczynając) z tradycyjnym chińskim malarstwem tuszem. Ukochał sobie kraj dzieciństwa - czyli tereny na południe od Jangcy, głównie Suzhou, które przedstawiał z wielką miłością. Oto jedno z jego dzieł:

2) Muzyka rozrywkowa.

Teresa Teng (邓丽君) - choć pochodziła z Tajwanu, uwielbiana jest i na kontynencie. W latach '70, gdy chińscy cenzorzy nie pozwalali słuchać jej piosenek, nagrania przegrywane z radia na kasety a potem na następne kasety, a z tych kaset na jeszcze następne kasety, aż do momentu, gdy już nic nie dało się usłyszeć, krążyły po całych Chinach. Jej zachowanie sceniczne, słodycz głosu i wspaniałe melodie do dziś urzekają, choć aranżacje trącą myszką. Wielu współczesnych chińskich artystów płci obojga korzysta z jej piosenek, interpretując je na jazzowo, rockowo czy jeszcze inaczej. Poniżej jedna z moich ukochanych piosenek, Tysiąc słów.


3) Muzyka poważna.

Większość naprawdę dobrych chińskich artystów wykonujących zachodnią muzykę wykształcił Zachód. Taka prawda. Wystarczy spojrzeć na Ma Yo-Yo. Po nim długo, długo nic, a dopiero kilkaset pozycji później jest jakikolwiek wiolonczelista z Chin. Obserwuję teraz na żywo, jak się tutaj uczy dzieci muzyki - i nie dziwi mnie, że łupią w klawiaturę, albo że po skończonych studiach nadal grają nieczysto i nierytmicznie.
Chlubnym wyjątkiem i potwierdzeniem tezy, że jak ktoś ma talent, to nawet nauczyciele mu nie zaszkodzą, jest Li Yundi, laureat I nagrody na Konkursie Chopinowskim, w którym się zakochałam, gdy miałam 18 lat :) Mimo licznych sukcesów nie osiadł na laurach, cały czas się uczy. I jest coraz lepszy.
Poniżej część koncertu w Pekinie, ze ślicznymi aranżacjami chińskich pieśni ludowych.


4) Taniec

Chińską tancerką wszech czasów jest zdecydowanie Dai Ailian. Żyjąca w latach 1916-2006, była sławna tak z racji pięknego tańca, jak i z bojującego patriotyzmu. Czym innym bowiem wytłumaczyć fakt, że zamieniła najwcześniejsze ojczyzny, Karaiby, na których się urodziła, i Anglię, w której się wychowała i nauczyła tańczyć, na Hongkong a potem Chiny? Wróciła do Chin z innymi repatriantami w latach '40 XX wieku i już z nich nie wyjechała. Budowała nowe państwo, starała się w nie wnieść choć trochę piękna. Sami spójrzcie:


5) Aktor

Nie jest może wybitny. Z całą pewnością nie jest przystojny. A przecież każdy film, w którym występuje, ogląda się z dużą przyjemnością, bo on tam gra. Ge You (葛优), urodzony w 1957 roku, łysy jak kolano Pekińczyk, jest chyba najbardziej charakterystycznym aktorem naszych czasów. Jako aktor komediowy wprost obezwładnia, a gdy wciela się w role amantów, jest wiarygodny - może dzięki błyskowi inteligencji w oku, a może po prostu ma w sobie to coś? I ta jego mimika!
Na zachodzie znany z tego, że otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora w 1994 roku w Cannes za główną rolę w filmie Żyć!.

6) Reżyser

Skoro już jesteśmy przy filmie Żyć! - nawet gdyby Zhang Yimou nie nakręcił nic więcej, zasługiwałby na uwagę. Film jest genialny, oparty zresztą na powieści pod tym samym tytułem, tak samo świetnej. A może inaczej: ten facet to kawał sk... bardzo niedobrego pana. Ilość jego nałożnic jest porażająca. Ilość dzieci doskonale pokazuje, jak w praktyce wygląda "polityka jednego dziecka". Lizanie tyłków partyjnych bonzów mnie brzydzi. Ale kilka jego filmów mogę oglądać do znudzenia. Hero, Żyć!, Zawieście czerwone latarnie - to filmy po prostu piękne.

7) Pisarz

Tak jak Zhang Yimou mógłby nakręcić jeden film - Żyć! i do końca życia znajdować się na moim prywatnym panteonie, tak Shen Congwen za Miasto Graniczne (边城) winien dostać Nobla. Żywe przedstawienie wejścia w życie młodej Chinki; piękny a prosty język opowieści i świetne portrety psychologiczne; ukochanie kraju lat dziecinnych, jego specyficznej kultury - to urzeka nawet mnie, osobę, dla której chiński na zawsze pozostanie językiem całkiem obcym. Zresztą, miał dostać Nobla. Nie dożył.
Istnieje anglojęzyczne tłumaczenie :)

8) Noblista

Skoro jesteśmy już przy Noblu, warto podziękować panu Karolowi Kao (Charles Kuen Kao 高锟), szanghajskiemu fizykowi za to, że "udowodnił, że światłowody mogą być wykorzystane do celów komunikacyjnych". A uczył się od Polaka, Antoniego Emila Karbowiaka!

9) Sportowiec

Jest taki jeden, na którego punkcie mam ostatnio kompletnego bzika. Wabi się Lin Dan, gra w badmintona i w niektórych zawodach nie bierze udziału tylko dlatego, żeby w ogóle dać szansę innym badmintonistom. Poza tym ostatnio razem z żoną zajmuje się nie badmintonem a... kawą. Specjalnie dla żony kupił kawiarnię i chcą ją powoli przeistoczyć w sieciówkę lepszą od Starbucksa. Dlaczego? Hmmm... Chyba za to go lubię najbardziej. "Bo żona lubi kawę" :):):)

10) Modelka

Du Juan (杜鹃) czyli Azalia, moja rówieśniczka urodzona w Szanghaju, zaczęła od baletu. Gdy już była za wysoka, by dalej tańczyć, została modelką; jest ponoć pierwszą pochodzącą z Chin supermodelką, a na pewno - pierwszą azjatycką modelką na okładce francuskiego Vogue. Na okładkach chińskiego Vogue gościła ponad dziesięć razy; wszyscy ją kochają.
ZB twierdzi jednak, że ja jestem ładniejsza ;)

2014-05-05

想得美 chyba śnisz!

Uczę moją najwspanialszą Zwykłą Belkę zupełnych podstaw angielskiego. Czupurny jest i niechętny, więc muszę działać podstępnie i znienacka. Dziś na przykład zakomunikowałam mu, że ma zrobić kolację prostymi słowy: Today you will make dinner. Kiedy zrozumiał i potwierdził, dodałam "for me". Zaakceptował. I wtedy trochę zmieniłam to zdanie: You will make dinner for me everyday. Przesylabizował w głowie i powiedział po chińsku: 想得美! - które na polski przetłumaczyłam swobodnie w tytule. Żeby go zmotywować do powiedzenia tego samego po angielsku, odpowiedziałam "I don't understand".
ZB myśli, myśli. Przetłumaczył. Dosłownie.
"Think beautiful".
Ci, którzy znają chiński, właśnie umierają ze śmiechu. Dla tych, którzy nie znają, wytłumaczenie: to zupełnie, jak te słynne "tłumaczenia" polskich idiomów na "after birds" i "thank you from the mountain". Nie muszę chyba dodawać, że najpierw oboje umarliśmy ze śmiechu, a potem wpisaliśmy think beautiful na stałe do naszych słowników...

2014-05-04

Nie ma drugiego takiego kraju VIII

Dzisiaj krótko, bo jakoś ostatnio mam mało czasu. To dobrze, że mam mało czasu, bo to znaczy, że robię coś interesującego i absorbującego, ale siłą rzeczy blog traktuję trochę po macoszemu. Na dobrą niedzielę: Pani Pastorowa chwali Chińczyków :)

WIEDZA I WYNALAZKI

Musimy się zgodzić, że Chińczycy są bardzo pomysłowi. Odkryli druk, odkryli jak zrobić proch i jeszcze jak używać magnetytu. Co to jest? Kawałek stali potarty o magnetyt będzie zawsze wskazywał Północ. Chińczycy odkryli te trzy rzeczy: druk, proch i użycie magnetytu, zanim my w Europie je odkryliśmy. Ale oni ich nas nie nauczyli, sami je odkryliśmy.
Są jednak dwie sztuki, których nauczyli nas Chińczycy: jak zrobić jedwab i jak zrobić porcelanę. Nie powinnam jednak mówić, że nas nauczyli; próbowali nas bowiem powstrzymać przed nauczeniem się tych sztuk; my jednak zobaczyliśmy ich jedwab i porcelanę i stopniowo nauczyliśmy się je wytwarzać sami. Chytry mnich przywiózł z Chin jaja jedwabników, schowane w wydrążonej lasce.

Czyli: ani jedwabiu, ani porcelany by w Europie nie było, gdyby Europejczycy, czyli dobrzy chrześcijanie, nie ukradli wiedzy Chińczykom. Jakoś w tym akapicie pani Mortimer nie wspomina o tym, ile dobrych rzeczy zrobiliby Chińczycy, gdyby byli wierzący...

2014-05-03

Sajgonki sałatkowe gỏi cuốn

Smażone sajgonki znają chyba wszyscy. W surowej wersji sajgonek zakochałam się podczas wakacji w Wietnamie. Pisałam już o nich trzy lata temu i może nie powinnam się powtarzać, ale ponieważ ludzie prosili o dokładniejsze informacje i bardziej szczegółowe zdjęcia, podzielę się tym, jak je sama robiłam. Zwlekałam tak długo z jednego zasadniczego powodu: w Kunmingu ciężko dostać papier ryżowy. Tak, Yunnan graniczy z Wietnamem. Tak, w Polsce łatwiej dostać wietnamskie półprodukty niż tutaj. Całe szczęście ostatnio Carrefour wzbogacił ofertę innych niż chińska kuchni azjatyckich. Stąd dziś sajgonki :)
Składniki:
papier ryżowy + ewentualna zawartość:
*resztki pieczeni, parę plasterków usmażonego boczku, trochę mięska rosołowego - jakiekolwiek mięso, na jakie macie ochotę i które nie wymaga dalszej obróbki termicznej
*warzywa, najlepiej takie gotowe do jedzenia na surowo i niezbyt wodniste. Przede wszystkim wszelakie liście - kapusta, sałata, bazylia, mięta, kolendra, pietruszka, co kto lubi. Poza tym wszelkie marchewki, ogórki, kiełki soi itp. pokrojone na kawałki. Gotowane warzywa też mogą być, na przykład fasolka szparagowa sprawdza się wyśmienicie, albo resztki kalafiora czy brokuła z poprzedniego obiadu.
*obgotowany wcześniej makaron sojowy
Wykonanie:
1) Papier ryżowy zamoczyć na chwilę w ciepłej wodzie, żeby zmiękł i położyć na stole/desce do krojenia.
2) Pyszności, które chcemy zjeść układamy na papierze ryżowym w zwartej kupce i krokietujemy.
Najlepsze są oczywiście od razu po zwinięciu, ale z powodzeniem można je przygotować kilka godzin wcześniej i podać razem. Tego typu sajgonek się zazwyczaj nie smaży, choć oczywiście można. Dlaczego? Bo farsz jest za mało zbity i łatwo wypada z sajgonki podczas smażenia. Poza tym, nie oszukujmy się, smak świeżej bazylii/mięty/kolendry jest milion razy lepszy od takiej usmażonej...
Przepisy na moje trzy ukochane sosy sajgonkowe podam następnym razem :)

2014-05-02

używki

Wczoraj byłam w barze z moim ukochanym małżonkiem. Nie jest to bynajmniej zjawisko częste, bo oboje lubimy iść spać około 10 wieczorem czyli wtedy, kiedy zabawa w barach dopiero się zaczyna rozkręcać. Kolega ZB jest jednak właścicielem knajpy w rozrywkowej dzielnicy Kunmingu, Kundu. Bar nazywa się Bee Bar 野蜂吧 i jedyna fajna rzecz w tym barze to właściciel, który co wieczór przygrywa tam na gitarze - a jest świetny. Można tam sobie przyjść pośpiewać - są mikrofony, nuty i słowa piosenek, a właściciel akompaniuje na gitarze. Całe szczęście, jeśli do mikrofonu dorwie się ktoś z uchem nadepniętym przez słonia, właściciel szybko wygania go ze sceny.
Do rzeczy.
Poszliśmy do baru spotkać się ze znajomymi - taka tutejsza bohema, konferansjerzy, piosenkarze, ĄĘ artyści. ZB zawsze zabiera ze sobą saksofon - gra kilka piosenek z gitarą i idziemy do domu, kiedy tylko któreś z nas zacznie ziewać. Czyli zazwyczaj już po godzinie. Całe szczęście mieszkamy niedaleko :)
Siedzimy sobie, godzina dziewiąta czy coś koło tego, mało ludzi, impreza jeszcze nierozkręcona, koleś wyciąga papierosy z wyższej półki i zapala. Po wypaleniu odczekał pięć minut, wyciągnął skandynawskie cygara i zapalił. Gdy skończył, wytrzymał kolejne pięć minut, wyciągnął bibułkę i pachnący wiśniami tytoń, skręcił sobie papierosa i zapalił. Spojrzałam na niego na wariata i zapytałam, ile jeszcze tego przy sobie nosi. Nie wpadłabym na to, że zacznie wyciągać z torby kolejne opakowania... Zamurowało mnie jednak, gdy skończywszy skręta, wyciągnął lustereczko, biały proszek, żyletkę, lufeczkę, a potem podzielił biały proszek na dwie równe części i po rasowemu i z dużą wprawą wciągnął.
Szczęka mi opadła. Nie w ukryciu, gdzieś w obskurnej toalecie jakiejś mordowni, a w kulturalnym barze, o godzinie dziewiątej wieczorem, bez specjalnego skrępowania? Ja wiem, że mieszkam w Złotym Trójkącie. Ja wiem, że na targu bez problemu można dostać nasiona marihuany, a w większości barów różne narkotyki są w stałej ofercie, choć spod stołu a nie jawnie. Ale...?????!!!

2014-05-01

teflonowy gar elektryczny

To to, co jest na środku stołu.
Dostaliśmy od świekry. Wytłumaczyła, że sama dostała dziesięć lat wcześniej i nigdy nie miała okazji użyć, więc woli nam oddać, to zapewne znajdziemy dlań zastosowanie. Przywieźliśmy do mieszkania i... zapomnieliśmy. Na prawie rok. Pluję sobie w brodę i pukam się w czoło. Dopiero bowiem przy kolejnym etapie sprzątania wpadłam na to wielkie pudło, ustawione wysoko poza zasięgiem wzroku. Wyciągnęłam, umyłam, podłączyłam do prądu... I rozpieściłam męża domowym "grillem". Na stole widać, czym-eśmy się karmili. Skrzydełka buffalo, wieprzowina teriyaki, wieprzowina w marynacie kawowej, ryba w limonce i ziołach, a także grzyby, kalafior, tofu, cukinia, ziemniaki... Do przegryzienia domowe onigiri, nadziane furikake (Huanming, dziękuję!). Do tego dipy - dla mnie sezamowo-czosnkowo-ostrygowy, a dla ZB chilli. Kolacja trwała ze trzy godziny i oczywiście nie dało rady zjeść wszystkiego - ale w sumie nie o kolacji chciałam opowiadać. Chcę opowiedzieć o garnku. Garnek jest zwykły, elektryczny, z teflonową wkładką. Ta wkładka jest na tyle głęboka, że można nie tylko smażyć, ale również smażyć w głębokim tłuszczu (vide: wpis tłustoczwartkowy) albo gotować. Dzięki wspaniałej kontroli temperatury, jest to idealny garnek do gorącokociołkowania czyli do huoguo. Do smażenia w wysokich temperaturach nadaje się cokolwiek mniej - nie osiąga temperatur, jakie są możliwe do uzyskania w mojej kuchni. Ale już smażenie na małej ilości tłuszczu - rewelacja, przede wszystkim ze względu na wysoką jakość teflonu. Nic nie przywiera, myje się idealnie. Kupujcie takie garnki!! Są cudownym rozwiązaniem, jeśli chcemy zjeść naprawdę przyjemny posiłek w cztero-pięcioosobowym gronie. Można po prostu przygotować żarcie wcześniej i smażyć/gotować razem, w salonie, a nie wyganiać jedną osobę do kuchni... Zakochałam się w tym garnku. Żeby już o nim nie zapomnieć, wyrzuciłam z kuchni prawie nieużywaną mikrofalę i zastąpiłam ją tym właśnie garem. Już się ślinię na myśl o tym, jak znowu będę go używać...